Pedagogika po chińsku



W swojej pracy pedagogicznej miałem sukcesy, miewam też wątpliwości co do jej sensu. Moje wątpliwości zaczynają się i nie znajdują praktycznego pozytywnego rozstrzygnięcia w momencie, kiedy podopieczni przekraczają próg trzynastego roku życia. Wtedy uczniowie nabierają krytycyzmu w stosunku do swoich dotychczasowych osiągnięć plastycznych, a nie chcą zająć się żmudnymi doświadczeniami prowadzącymi do sztuki realistycznej. Żyją na prowincji, gdzie pracowity i najczęściej pozbawiony jakiejkolwiek iskry naturalizm jest wyżej ceniony przez otaczających ich niewykształconych odbiorców niż wszelkie inne kierunki "skażone intelektualizmem". To mnie gryzie, ponieważ wiem, że na egzaminach na wyższe studia i do liceów plastycznych wymagany jest głównie rysunek realistyczny z natury. W społecznym potocznym rozumieniu dobrze pracuje ten nauczyciel plastyki, którego uczniowie później uzyskują dyplomy średnich i wyższych uczelni plastycznych.

Ale już dawno świat jest większy od dziewiętnastowiecznej Europy. Dlatego mogę mieć nadzieję, że nie istnieje tylko jedna słuszna droga i tylko jedna słuszna metoda. Chwytam się tej nadziei i kontynuuję z uczniami ćwiczenia kompozycyjne i kolorystyczne, które im odpowiadają.

Niedawno, z trudem dukając, często sięgając po słownik, przeczytałem amerykańską książkę Zheng Zhensun i Alice Low A Young Painter. The life and paintings of Wang Yani - China’s extraordinary young artist. Jest to biograficzna opowieść o życiu od urodzenia do pełnoletności i twórczości malarki Whang Yani. Książka jest ilustrowana jej obrazami. Artystka jest w Chinach i Japonii porównywana do Picassa. Jej zwolennicy uważają, że w tradycyjnym malarstwie tuszem na papierze dokonała przemian podobnych do tych, jakie w sztuce europejskiej były zasługą Picassa.

Yani już w czwartym roku życia miała wystawy indywidualne. Jej ojciec jest malarzem uprawiającym malarstwo olejne odwołujące się do metod i tradycji europejskich. Ale w wychowaniu córki kierował się metodą odmienną od tych, jakie często stosuje się w Polsce. Nie kazał dziecku tworzyć kompozycji otwartych i zamkniętych ani abstrakcyjnych szlaków. Nie zmuszał do studiowania perspektywy i światłocienia. I nie pouczał! Więcej, kiedy zauważył, że w pewnym momencie swego nieskrępowanego rozwoju Yani, miotana własnymi ambicjami, zaczęła naśladować jego obrazy olejne, pochował swoje prace. Na cały rok sam zrezygnował z własnej twórczości, żeby dziewczynka rozwijała w sobie to, co najlepsze. Sztuka dziecka była w tym wypadku ważniejsza niż człowieka dorosłego, już ukształtowanego.

Wan Yani nigdy nie robiła szkiców, dzięki temu linie i plamy w jej obrazach były swobodne i wdzięczne. Mając do dyspozycji tusz, barwniki i komplety rozmaitych pędzli, na wielkich arkuszach papieru spontanicznie tworzyła swoje obrazy. Badała różne możliwości, jakie dają tusz, woda i narzędzia. Jej wrażliwość plastyczna była zgodna z emocjami, twórczość łączyła w sobie bardzo wyraźnie różne potrzeby psychiczne, w tym również funkcję autoterapeutyczną. Przez wiele lat Yani malowała małpki, które odgrywały sceny z jej życia i jej marzeń, personifikowały osoby z jej otoczenia. Przez kilka lat malowała prawie wyłącznie małpki i ptaki, którym godzinami przyglądała się w ZOO. Stopniowo gesty i pozy zwierząt malowanych "realistycznie" stawały się zgodne z logiką kompozycji, a nie z prawdą tylko biologiczną, przy zachowaniu iluzji realizmu.

Na przykładach z życia małej Chinki można zauważyć, że myślenie logiczne nie jest całkowicie zgodne z potocznym realizmem widzenia. Zdarzało się, że małpki na jej kompozycjach zrywały owoce z bezlistnych krzewów. Na pytanie ojca, dlaczego na roślinie nie ma liści, a są tylko owoce, dziecko odpowiedziało: - Bo małpka jest głodna i je owoce… liście są jej niepotrzebne.

Wang Shiqiang (jej ojciec) po dłuższym czasie milczenia wykorzystał wycieczkę do sadu, żeby wyjaśnić znaczenie liści dla owocującego drzewa. Opisał proces odżywiania drzewa przez liście i korzenie oraz rolę owocu w życiu rośliny.

Po powrocie ze spaceru Yani, pełna emocji i nowych wrażeń, natychmiast zabrała się do pracy i… namalowała realistyczne drzewo z liśćmi, na końcach których zwisały odżywiane przez nie owoce. Bo to było logiczne. Ojciec nie skomentował tej zabawnej pomyłki, nie zdradził się nawet lekkim uśmiechem.

Zwyczajem Yani stało się słuchanie muzyki europejskich klasyków z walkmana podczas uderzania pędzlem o papier. Aktywność jej ojca nakierowana była głównie na afirmację pracy córki i wspólne podróże w piękne krajobrazy najbliższych okolic, potem Chin, a w końcu (w miarę sukcesów materialnych dziecka) świata. Zwiedzali też razem najrozmaitsze muzea. Dużo o tym ze sobą rozmawiali. I rzecz równie ważna: ponieważ mała malarka bardzo dużo czasu spędzała z pędzlem w ręku, zapominając o bożym świecie, miała trudności w kontaktach z rówieśnikami. Ojciec stwarzał sytuacje i nakłaniał ją do udziału w życiu społecznym i do uprawiania sportu.

Sama Yani podświadomie wybierała drogę bliską medytacji zen. Nigdy nie poprawiała swoich obrazów, nigdy nie planowała z góry kompozycji, tworzyła wyłącznie z pamięci, gromadząc przedtem w sobie ogrom wrażeń i emocji, które rozładowywały się na papierze. Dziś Wan Yani uznawana jest przez wielu, również w Stanach Zjednoczonych, za geniusza.

Mam wrażenie, że gdyby dostała się na którąś z polskich uczelni, uległaby procesowi produkcji uczniów-epigonów uznanych mistrzów. Mnie wczesne prace Yani kojarzą się z siedemnastowiecznym malarstwem chińskim. Jej krajobrazy przypominają kartony Tao-tsi. Pejzaże Kung Hiena z tego samego czasu porównuję z manierycznym europejskim malarstwem El Greca.

Zatem rozgrzeszam siebie jako nauczyciela z mego braku uporu wobec uczniów, z nie dość konsekwentnego realizowania typowego programu przedmiotu "wychowanie plastyczne". Ale też, czasami, i odwrotnie - myślę wbrew powszechnemu przekonaniu - że gdyby nie dyktat socrealizmu i późniejsze jego przełamywanie przez tych samych twórców, nie mielibyśmy w Polsce mistrzów… (ja to odczuwam tak: teraz jest wiele rozmaitych propozycji, ale brakuje mistrzów nowego pokolenia)…

Są więc dylematy!


Juliusz Sz. Batura

SSP STO Augustów



 

Listopad/Grudzień 2009
REKLAMA
FACEBOOK
KATEGORIE
NAJNOWSZE ARTYKUŁY

XVI Targi Edukacyjne w Poznaniu

Maciej Maciołek 12 Luty 2012, 00:00

(W)inna Szymborska

Katarzyna Zagajewska-Sycz 09 Luty 2012, 00:00

„Nowa” pomoc psychologiczno -pedagogiczna

Mariusz Wiśniewski 03 Luty 2012, 00:00

Comeback rózgi i klęczenia na grochu?

Aleksandra Rygiel 03 Luty 2012, 00:00

Dzieci w sieci – nowy cel ataków hakerów

Karolina Krzysik 03 Luty 2012, 00:00


OSTATNIE KOMENTARZE

Czy media społecznościowe służą wykluczonej młodzieży?

Dr. Tom Brown 09 Luty 2012, 21:39

MEN/ Nowe zasady oceniania pracy szkół i przedszkoli

LinarCubo LinarCubo 09 Luty 2012, 16:34

Czytanie i pisanie u dzieci słabo widzących – którędy omijać trudności?

LinarCubo LinarCubo 09 Luty 2012, 14:35

Konektywizm - Sieci, małe światy, luźne więzi

jeck steve 09 Luty 2012, 07:01

Dr kalkulator

imarion 08 Luty 2012, 18:24

FACEBOOK

Powrót do góry