Kategorie

Oficjalna strona czasopisma:
www.edukacjaidialog.edu.pl

Czasopismo

  • Grudzień 1995
  • Listopad 1995
  • Październik 1995
  • Wrzesień 1995
  • Czerwiec 1995
  • Maj 1995
  • Kwiecień 1995
  • Marzec 1995
  • Luty 1995
  • Styczeń 1995

Marzec 1995

Pobierz całe pismo
Szkoła francuska w zbliżeniu

Szkoła francuska w zbliżeniu




We Francji pierwszy dzwonek zabrzmiał 8 września. Tak więc, kiedy przyjechaliśmy na staż językowy do francuskich szkół, uczniowie dopiero przyzwyczajali się do odmiennego rytmu po długich wakacjach.






Jesteśmy grupą specyficzną: trzeci rok wieczorowego kolegium językowego, każdy ma już dyplom jakiejś uczelni oraz staż pracy w swojej specjalności, a od kilku lat uczy francuskiego. Jesteśmy więc w trakcie tzw. "przekwalifikowania". Francuzi znajdują dla nas rychło ciekawsze określenie: "nauczyciele w recyklingu". Kręcą głowami i otwierają szeroko oczy ze zdumienia, kiedy usiłujemy im wyjaśnić, co nas pchnęło do podjęcia kolejnych ciężkich i kosztownych studiów. No cóż, widocznie to jeszcze jedno polskie dziwactwo…

Przyjeżdżamy w okolice miasta Moulins w departamencie Allier. Jest to niemalże samo centrum Francji, kolebka dynastii Burbonów. Gości nas mer maleńkiego miasteczka Souvigny. W średniowiecznych podziemiach jego posiadłości, przy płomieniach olbrzymiego kominka, degustujemy regionalną specjalność, wino Saint Purçain. Notabene nie potrafimy odróżnić jego smaku od zwykłego wina stołowego…

Program mamy bardzo wypełniony. Chcemy poznać francuski system oświatowy od kuchni, począwszy od przedszkoli, a skończywszy na wyższych uczelniach. Będzie się to odbywało zarówno poprzez uczestnictwo w zajęciach, jak i poprzez rozmowy z uczniami, nauczycielami, władzami oświatowymi. Jesteśmy niezwykle chłonni, zasypujemy naszych rozmówców gradem pytań i staramy się stworzyć w swej świadomości w miarę spójny obraz ich szkolnej rzeczywistości, zwłaszcza, że nasza wydaje się być zupełnie niesterownym wrakiem, który cudem tylko nie roztrzaskuje się z hukiem.

Zaczynamy od szkoły podstawowej w Souvigny. Niepokaźny budynek w głębi placu zabaw. Pięć klas, pięć izb lekcyjnych, pięciu nauczycieli, sala gimnastyczna. Otacza nas grupka dzieci. Najodważniejsi i najbardziej rozmowni są ci z CM2. Jest to ostatnia klasa francuskiej szkoły podstawowej odpowiednik naszej klasy czwartej. Szkoła podstawowa obejmuje pięć pierwszych lat nauki. Nasza zerówka jest tam po prostu klasą pierwszą, tak więc dzieci rozpoczynają obowiązek szkolny od lat sześciu. Żeby nie robić zamieszania, dzielimy się na kilkuosobowe grupki. Siadam obok malej Suzanne z CM1 (klasa III). Jest akurat lekcja ortografii. Dzieci uczą się grając w scrabbla (rodzaj krzyżówki, którą układa się z liter na specjalnej planszy). Przeglądam ich zeszyty, oglądam podręczniki, przybory szkolne. Uderza mnie jednorodność okładek. Później dowiadujemy się, że uczniowie dostają każdego roku komplet podręczników i przyborów z funduszu gminy. Pierwsze wrażenie, które później potwierdzało się w każdej szkole: uczniowie są spokojniejsi, bardziej otwarci, nie ma problemów z utrzymaniem dyscypliny, nie zauważyliśmy nauczyciela mówiącego podniesionym głosem. Dzieci nie wstają do odpowiedzi i najwyraźniej czują się w klasie w pełni bezpieczne.

Jesteśmy później jeszcze w kilku takich szkółkach. Z reguły są one niewielkie. Najczęściej w każdej wsi jest taka mała szkoła w całości utrzymywana z budżetu gminy lub (w wypadku poważniejszych inwestycji) z subwencji regionalnych. Czuje się, iż ta szkoła jest własnością mieszkańców, że nie jest to tylko kolejna, niewygodna pozycja w gminnym budżecie. Nauczyciele mają status pracowników państwowych i są opłacani przez państwo. Ich pensja nie obciąża więc lokalnego budżetu.

W większych miejscowościach takie szkoły są pięknymi, parterowymi, kolorowymi pawilonami zbudowanymi z użyciem najnowszych technologii. Do klas, od strony placu zabaw, wchodzi się przez niewielkie pomieszczenie, które jest jednocześnie szatnią i umywalnią. Spodobała nam się zwłaszcza umywalka stojąca na środku tego pomieszczenia, w formie wielkiego kręgu z wieloma kranami uruchamianymi przez fotokomórkę, gdzie uczniowie niemalże w marszu, wracając po przerwie do klasy, mogą opłukać ręce.

Nauka w ciągu dnia rozkłada się na dwie części: od godziny 8.00 do 12.00 i od 14.00 do 17.00. Dwie godziny przerwy jest to tzw. récréation, przeznaczone na zjedzenie obiadu i odpoczynek. Dzieci spożywają posiłek spokojnie, niemalże go celebrując. Zajmuje im to prawie godzinę, ponieważ obiad składa się z sześciu części. Druga godzina to odpoczynek na świeżym powietrzu pod opieką nauczycieli lub w szkolnej świetlicy.

Na jeden z obiadów zostaliśmy zaproszeni do stołówki szkolnej. Przestronne, przeszklone pomieszczenie, gdzie serwuje się gotowe dania przygotowywane dla wszystkich miejscowych szkół w tzw. kuchni centralnej. Tam, w idealnie aseptycznych warunkach, z półproduktów, tworzone są zestawy obiadowe zamykane w hermetyczne opakowania i dostarczane samochodami-chłodniami do poszczególnych szkół, w których unika się dzięki temu tworzenia całej bazy technicznej i zatrudniania personelu do przygotowywania posiłków. Na miejscu jedynie podgrzewa się te potrawy w kuchniach mikrofalowych, tak więc stosunkowo duża szkoła posiada tylko niewielkie pomieszczenie do odgrzewania potraw, a całość jest w stanie obsłużyć praktycznie jedna osoba. Nasz sanepid nie miałby tam co robić, a dyrektor nie musiałby się martwić, czy zwolnić jeszcze jedną kucharkę, bo znów ubyło dzieci korzystających z obiadów…

Przeciętna klasa liczy 16-18 uczniów. Z zazdrością patrzyliśmy na naszych francuskich kolegów, którzy dzięki temu mogli nawiązać doskonały kontakt ze wszystkimi dziećmi i z każdym zamienić kilka zdań w czasie lekcji.

A oto fragment gminnej gazetki wydawanej przez merostwo wsi o nazwie Saint-Menoux, gdzie zostaliśmy zaproszeni:

W ostatnich kilku latach wszystkie klasy zostały odnowione (tapety, malowanie, instalacja elektryczna…), sanitariaty zostały zmodernizowane, zakupiono wiele nowych książek i magnetowid, jak również nowe tablice i krzesła do sali Pana Dupont. Każda klasa dysponuje sumą 4500 fr. rocznie na zakup przyborów i książek…

Artykuł nosi tytuł: "Nasze dzieci w szkole". Obok jest sporo zdjęć z wyjazdów na "szkoły przebudzenia" i "szkoły zimowe".

W środę poznajemy system administracji szkolnej: merostwa wiejskie i kantonalne, prefektury itd. Po prostu w szkołach nikogo w tym dniu nie ma. Nauka odbywa się w poniedziałek i wtorek, w środę - przerwa, potem w czwartek, piątek i sobotę przed południem (3 godz.). Przeglądam kalendarz szkolny. Początek roku 8 września, pierwsze ferie już od 26 października do 6 listopada (2 tygodnie), drugie od 21 grudnia do 3 stycznia, trzecie od 11 do 16 lutego, czwarte od 8 do 23 kwietnia, piąte, najkrótsze, od 25 maja do 28 maja (od Święta Wniebowstąpienia do Dnia Matki). Koniec zajęć 30 czerwca. Zadałem sobie trud policzenia dni dydaktycznych: 178 dni w roku (u nas ok. 210).

Gospodarze poszczególnych "commune" (odpowiedników naszych gmin) pokazują nam perły miejscowej architektury: kościoły romańskie, gotyckie, zamczyska obronne, katedry. Wewnątrz posągi, najczęściej bez głów. To ślady rewolucji sprzed 200 lat - wyjaśniają. Wtedy nawet rzeźby traciły głowy za to tylko, że w jakiś sposób symbolizowały znienawidzoną władzę królewską i kościelną. Ze smutkiem myślimy o naszych miastach i zabytkach, które runęły w gruzy w czasie ostatniej wojny. Dla nich tutaj, w cieniu Vichy, świat walił się ostatnio 200 lat temu…

Opuszczamy mroczne świątynie, bo czas zobaczyć, co się dzieje na kolejnym stopniu nauczania. Odwiedzamy tym razem kolegia (collége). Jest to drugi etap obowiązkowego nauczania, trwający cztery lata. Te szkoły mieszczą się w pokaźnych budynkach, w których uczy się młodzież z kilkunastu okolicznych gmin. Kolegia zawsze zlokalizowane są w jakiejś większej miejscowości, do której uczniowie są dowożeni autobusami (bilety darmowe). Dzieci te mają 11-15 lat, a więc lepiej znoszą trudy dojazdu i stres oderwania od rodzinnej miejscowości niż nasze maluchy z początkowych klas szkół zbiorczych (chluba reformy z lat siedemdziesiątych!).

Kolegia są utrzymywane z podatków poszczególnych miejscowości, które mają tam uczniów, w stopniu proporcjonalnym do ich liczby (ok. 1300 fr. rocznie na jednego ucznia). Jesteśmy w Collége Emille Guillaumin w Moulins. Duży, dwukondygnacyjny budynek przypominający nasze zielonogórskie licea ("siódemkę" lub "jedynkę"). Numeracja klas malejąca (od "6" do "3"). Później, w trzyletnim liceum, będzie klasa "2", "1" i "0" (terminale). Klasy dobrze wyposażone, duża biblioteka z czytelnią. Łącznie 842 uczniów zgrupowanych w 36 klasach. Gabinet medyczny, pielęgniarka…

W klasie 5 (odpowiednik naszej kl. 6) następuje pierwsza selekcja uczniów. Ci najsłabsi, którzy nie radzą sobie z normalnym programem, są przenoszeni do "sekcji nauczania ogólnego i zawodowego". W tym kolegium jest siedem takich klas. Uczniowie ci mają 2 dni zajęć w szkole (nauczanie ogólne) i 2 dni w warsztatach. Do wyboru są cztery typy warsztatów: techniczne, odzieżowe, konstrukcji metalowych, naprawcze. Po ukończeniu kolegium mogą kontynuować naukę w szkołach zawodowych.

Z rozżaleniem myślimy o naszych podstawówkach, w których słabeusze męczą się aż do klasy ósmej w normalnym cyklu lub też, w ostateczności, kieruje się ich do szkół specjalnych. Iluż z nich z przyjemnością uczyłoby się już od klasy szóstej jakiegoś fachu! Jeśli chodzi o zajęcia dodatkowe młodzieży z kolegium, to mają do dyspozycji: klub zdrowia, klub sportowy, pracownie artystyczne (rzeźba, rysownictwo), szachy, klub przyrodniczy, klub młodych pisarzy, języki starożytne itd.

W mojej wiejskiej szkole zlikwidowano w ubiegłym roku ostatnie płatne zajęcia pozalekcyjne…

W pokoju nauczycielskim rozmawiamy z naszymi francuskimi kolegami po fachu. Oczywiście, rozmowa schodzi w końcu na sprawy finansowe. Pokazują nam swoją tabelę płac. Odnajduję w niej warunki najbardziej zbliżone do mojej sytuacji zawodowej: to samo wykształcenie i taki sam staż pracy (10 lat). Pensja miesięczna 12000 fr. Szybka kalkulacja 50 mln zł! Wieczorem baczniej przyglądam się wystawom sklepowym, żeby porównać ceny. Niestety, jakoś nie chcą być 15 razy wyższe niż u nas. Wręcz przeciwnie do złudzenia przypominają już nasze, polskie.

W liceum w Moulins spotykamy Polkę. Jest w terminale, czyli ostatniej klasie przygotowującej do matury. Zdała w kraju egzamin z języka w ramach konkursu organizowanego przez jakąś międzynarodową organizację. Rodzice opłacają część kosztów utrzymania (równowartość ok. 15 mln zł miesięcznie). Zwiedzamy budynek szkoły. Uderza nas zwłaszcza widok wielu kserokopiarek rozstawionych na korytarzach. Są do powszechnego użytku każdego ucznia i nauczyciela. Na górze potężna biblioteka, a w podziemiach klub i dyskoteka.

Duże nadzieje wiązaliśmy z pobytem w IUFM (Les Instituts Universitaires de Formation des Maîtres). Jest to jeden z 28 Uniwersyteckich Instytutów Kształcenia Nauczycieli. IUFM to twór stosunkowo młody, bo działający od trzech lat. Wyparł on wszystkie dotychczasowe formy kształcenia nauczycieli. Dyrektor instytutu zaprezentował nam istotę funkcjonowania tych placówek. Zrelacjonuję to w dużym skrócie. Jedyną drogą do rozpoczęcia dwuletnich studiów w IUFM jest licencja oznaczająca ukończenie trzyletnich studiów uniwersyteckich. Kandydat zgłaszając chęć kontynuowania studiów w IUFM, jest przyjmowany na pierwszy rok na podstawie dossier (licencja, ewentualnie dyplom) i otrzymuje stypendium 5500 fr. miesięcznie. W ciągu tego roku uczy się przedmiotów ściśle pedagogicznych oraz tego, który stanowi jego przyszłą specjalność, odbywa praktyki w szkole, a przede wszystkim przygotowuje się do najważniejszego egzaminu. Odbywa się on pod koniec pierwszego roku i jest praktycznym sprawdzianem przydatności do zawodu (egzaminy pisemne i ustne). W trakcie tego sprawdzianu wykrusza się cała nadwyżka, która została przyjęta na pierwszy rok bez egzaminu. Ma to ważne znaczenie praktyczne dla władz oświatowych, ponieważ wiedzą z dużą dokładnością (na podstawie zapotrzebowania z terenu), ilu nowych nauczycieli w danej specjalności i danym roku faktycznie potrzebują. Jest to więc rodzaj sita, które zapobiega późniejszemu bezrobociu w tej grupie zawodowej.

Po przebrnięciu tego etapu (zwanego wdzięcznie konkursem) student drugiego (ostatniego) roku staje się niemalże pełnoprawnym nauczycielem. W szkole odbywa praktykę, otrzymując już swoją klasę i prowadząc w niej lekcje pod okiem starszego nauczyciela. Otrzymuje też pensję nauczycielską (na początek 7500 fr. miesięcznie). Plan zajęć w szkole dostosowuje się do rozkładu zajęć na studiach. W czasie tego roku studenci piszą pracę (memoire) na podstawie do świadczeń i obserwacji z praktyk pedagogicznych. Rok kończy się tzw. tytularyzacją, po której nauczyciel staje się pracownikiem państwowym, a więc ma pełną gwarancję zatrudnienia (stabilizacja) i relatywnie wysoką pensję (możliwość całkowitego poświęcenia się zawodowi).

Kiedy rozmawialiśmy po zajęciach ze studentami drugiego roku o motywach ich wyboru, wszyscy zgodnie podkreślali, że najważniejsza dla nich jest właśnie stabilizacja, którą zapewnia status pracownika państwowego, a na drugim miejscu wymieniali długie wakacje. Czekaliśmy na słowo, które u nas w takich sytuacjach nieodłącznie pada na pierwszym miejscu: "vocation" (powołanie). Jednakże to słowo, przynajmniej w tej rozmowie, nie padło…

Chciałoby się na koniec skomentować to wszystko, zakończyć jakąś pointą. Każde porównanie powinno zawierać w sobie element nie tylko krytyki i destrukcji, lecz również prowadzić do potwierdzenia tego, co jest wartościowe u nas. W tym przypadku budziło w nas tylko rozgoryczenie. Trwające u nas już cztery lata prace nad reformą oświatową stoją właściwie w martwym punkcie, a przynajmniej tak postrzega ten problem środowisko nauczycielskie, które nie odczuwa żadnych wymiernych efektów tych działań. Oświata, jako część sfery budżetowej, staje się jedynie polem przetargów politycznych. Stajemy się po prostu w oczach różnych ugrupowań częścią elektoratu, który jednak coraz trudniej będzie pozyskać czczymi obietnicami (cascus wrześniowych podwyżek itp.). Pierwszym i najważniejszym słowem w ustach francuskich polityków, będącym kryterium ich dojrzałości politycznej i skuteczności, jest słowo "crédibilité" (wiarygodność), które nie zdążyło się jeszcze w naszym słowniku politycznym zadomowić, a tym bardziej potwierdzić w praktycznym działaniu.

W efekcie wielu nauczycieli zaczyna traktować swój zawód jako jedno z dodatkowych zajęć, ponieważ pensja nauczycielska pozwala nam być może przetrwać, ale na pewno nie daje szans na jakikolwiek rozwój. Do szkół od paru lat nie płyną już żadne środki finansowe na zakup sprzętu, pomocy dydaktycznych.

Kiedy przypominam sobie w tej sytuacji słowa prefekta z Moulins, który dwukrotnie powtarzał nam (bo sądziliśmy, żeśmy się przesłyszeli), że naprawdę ich państwo przeznacza 20% budżetu na cele oświatowe, to aż nie chce mi się wierzyć, że jesteśmy krajem, w którym powstało pierwsze w Europie ministerstwo edukacji narodowej.


Zbigniew Dominikowski

Bytnica



foto