Przeciw tradycyjnej pedagogice



W humanistyce Zachodu ostatnich dwudziestu lat doszedł do głosu ruch, który ogólnie nazywany jest postmodernizmem albo też, złośliwie, ruchem "anty". Po antyhumanistyce, antyfilozofii, antyestetyce i antyhistorii przyszedł czas na antypedagogikę.


Trzeba podkreślić, że wszystkie te zaprzeczone nazwy nie oznaczają jedynie takiej czy innej mody językowej, ale wiążą się bezpośrednio, z jednej strony, z ogólnym kryzysem wiedzy i wartości, jaki przeżywa wysoce ucywilizowana ludzkość końca XX wieku; z drugiej zaś - patrząc z perspektywy Europy - z postępującą amerykanizacją życia społecznego. Książka Hubertusa von Schoenebecka Antypedagogika. Być i wspierać zamiast wychowywać (Jacek Santorski & CO Agencja Wydawnicza, Warszawa 1994) pojawiła się u nas w szczególnie korzystnym dla niej momencie. Trwają bowiem w publicystyce spory między zwolennikami tradycji o, na ogól, katolickim rodowodzie, a zwolennikami nowoczesnego - liberalnego myślenia o człowieku. Z takim właśnie liberalistycznym myśleniem mamy do czynienia w książce Schoenebecka.

Doniosłość pracy wynika - jak sądzę - z tego, że zaprezentowany tu liberalizm jest liberalizmem stonowanym, tj. nie aż tak radykalnym, aby polski czytelnik mógł zareagować szokiem. Autor złagodził mianowicie tezy postawione przez Ekkeharda von Braunmuhla w książce Antypedagogika, która ukazała się w 1975 roku w Weinheim. Schoenebeck podkreśla, że chodziło mu o osłabienie negacji, zawartej w samej nazwie - "antypedagogika". Stąd -powiada autor - antypedagogika nie oznacza zanegowania tradycyjnego systemu wychowawczego, a jedynie przeobrażenie go tak, ażeby naturalnemu podkreśleniu ulec mogła relacja, do której w książce przykłada się wielką wagę. Owa nowa relacja pedagogiczna to przyjaźń z dziećmi.

Ów zaskakujący wielu liberalizm pedagogiczny jest pochodną tego, iż uświadomiono sobie umowność tradycyjnych wartości, na których do tej pory opierano wychowanie. Wychowanie "dla Boga", "dla ojczyzny", "dla rodziców", a nawet "dla innego człowieka" zastąpiono wychowaniem dla samego dziecka. Współczesna sytuacja pedagogiki czyni takie postępowanie nieomal jedynym wyjściem. Dopiero za kilkadziesiąt lat będzie można uświadomić sobie, jakie pułapki implikuje proponowana przez niemieckich teoretyków wychowania antypedagogika.

Warto zauważyć, że próbą przezwyciężenia tradycji kulturowej jako krępującej rozwój dziecka, była już Jakuba Rousseau koncepcja wychowania naturalnego. Próby ortodoksyjnej realizacji owej koncepcji kończyły się, jak wiadomo, niepomyślnie zarówno dla dzieci, jak i wychowawców. Paradoksem jest to, że owa antypedagogika doszła do głosu właśnie w Niemczech, gdzie kategoria władzy, również władzy nad dzieckiem, tradycyjnie określała charakter relacji międzyludzkich. To jest istotne. Wydaje się bowiem, że ważność książki Schoenebecka wiąże się również z tym, że przeciwstawia się ona nadużyciom władzy, z jakimi w Europie, również w Polsce mieliśmy do czynienia.

Właśnie znaczenie tego dążenia pozwala abstrahować od pewnej naiwności, którą w książce Schoenebecka daje się dostrzec. Schoenebeck mówi na przykład, że "zdolność człowieka do samostanowienia jest absolutna". W innym miejscu autor sugeruje, że wpajanie wartości oznacza narzucanie tychże wartości i wmawianie zarazem, że owych wartości jeszcze w dziecku nie ma. Dzieci - powiada autor - same wiedzą, co jest dla nich dobre. Przecież takie twierdzenie to zakamuflowany nihilizm. Mimowolnie kojarzy się to z postmodernistyczną retoryką dzisiejszych reklam telewizyjnych: "Twój pies wie, co jest najlepsze".

Na tym przykładzie widać, jak - wbrew dostojnym założeniom teoretyków nowego wychowania - w praktyce po prostu jeden system władzy zastępowany będzie innym systemem władzy. Nie ma bowiem rady - albo odwołujemy się do zdyskredytowanego już przez historię przekonania, że człowiek (od urodzenia) jest z natury dobry, albo też skazujemy tego człowieka na przypadkowe wybory, projektowane przez rzeczywistość reklam, telewizji itd. Ogólnie mówiąc "przyjaźń z dziećmi" w praktyce oznaczać mogłaby pielęgnowanie społecznego status quo. "Niewywieranie wpływu", "brak roszczeń wychowawczych" itp. wyobrazić sobie można jako sprzyjanie ukonstytuowaniu się - rzeczywiście niejako "naturalnej" - osobowości konsumenta, dla której świat wartości zbudowany byłby na instynkcie przyjemności, oczywiście rozumianej szeroko, zatem przyjemności zarówno cielesnej, jak i duchowej.

Naturalnie, nie można mówić, że Schoenebeck nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństw, jakie jego teoria może za sobą pociągać. W istocie bowiem, jak to zwykle bywa, wszystko zależy od pedagogicznej intuicji wychowawcy. Ta sama koncepcja może początkować zarówno klęskę, jak i sukcesy wychowawcze. Autor rozwija i konkretyzuje ową koncepcję bardzo subtelnie. Urok tej książki polega właśnie na tym, że radykalizm łączy się tu harmonijnie z powściągliwością.

Charakter całej książki w pełni oddaje na przykład podrozdział o samobójstwie. Autor mówi: Czy zabiorę dziecku tabletki nasenne? (…) Może się zdarzyć, że nie zabiorę mu tabletek, że ważniejsze będzie dla mnie towarzyszenie mu w jego ostatnich chwilach niż pozostawienie go samemu sobie, by samotnie wyruszyło na spotkanie śmierci (…) Zdecydowałem się towarzyszyć mu w tej sytuacji, być obecnym bez roszczeń i zamiaru przekonywania go mimo wszystko.

Wspomniana subtelność autora, którą wyraża tu między innymi formuła "może się zdarzyć", czyni z pracy Antypedagogika książkę niezwykle istotną. Mimo bowiem radykalnie odmiennego od dotychczasowych oglądu spraw wychowania, uczy ona delikatności w postępowaniu pedagogicznym. Nie bez kozery niejednokrotnie powołuje się autor na "russowskie" serce. Czucie i intuicja są tu równie ważne jak działanie rozumowe. Rzeczywiście, mieć serce - to kierować się w postępowaniu uczuciem sympatii i współodczuwania. Mieć serce - to wspierać, nie zaś narzucać, zmuszać i tym samym wywoływać lęk.

W książce Schoenebecka chodzi zatem o wartości niezwykle ważne dzisiaj, w końcu XX wieku, ale przecież w istocie wartości tradycyjne: chodzi o wolność dziecka, o jego odpowiedzialność za samego siebie, o zniwelowanie lęku, który od wieków towarzyszy (złemu) wychowaniu. Chodzi wreszcie o to, by dzieci w swoim dążeniu do psychicznego samostanowienia nie były pozostawiane same sobie. Idzie zatem o przyjaźń z dziećmi, na której nadrzędność w postępowaniu pedagogicznym wskazuje Hubertus von Schoenebeck już na pierwszych kartach swojej niezwykle interesującej pracy.


Agnieszka Stupin-Rzońca

Warszawa

 

Listopad/Grudzień 2009
REKLAMA
FACEBOOK
KATEGORIE
NAJNOWSZE ARTYKUŁY

XVI Targi Edukacyjne w Poznaniu

Maciej Maciołek 12 Luty 2012, 00:00

(W)inna Szymborska

Katarzyna Zagajewska-Sycz 09 Luty 2012, 00:00

„Nowa” pomoc psychologiczno -pedagogiczna

Mariusz Wiśniewski 03 Luty 2012, 00:00

Comeback rózgi i klęczenia na grochu?

Aleksandra Rygiel 03 Luty 2012, 00:00

Dzieci w sieci – nowy cel ataków hakerów

Karolina Krzysik 03 Luty 2012, 00:00


OSTATNIE KOMENTARZE

Czy media społecznościowe służą wykluczonej młodzieży?

Dr. Tom Brown 09 Luty 2012, 21:39

MEN/ Nowe zasady oceniania pracy szkół i przedszkoli

LinarCubo LinarCubo 09 Luty 2012, 16:34

Czytanie i pisanie u dzieci słabo widzących – którędy omijać trudności?

LinarCubo LinarCubo 09 Luty 2012, 14:35

Konektywizm - Sieci, małe światy, luźne więzi

jeck steve 09 Luty 2012, 07:01

Dr kalkulator

imarion 08 Luty 2012, 18:24

FACEBOOK

Powrót do góry