Fetysz języka w oswajaniu świata
Aby nasze myśli przekazywać innym i aby tym samym ułatwić sobie proces ich komunikowania, używamy znaków, w tym szczególnie znaków języka mówionego i pisanego.
Rzadko przy tym oddzielamy rozumienie "znaku-sygnału" od rozumienia "znaku-słowa", czyli rzadko odróżniamy dwie funkcje znaku wynikające ze związku między znakiem a tym, czego ten znak jest znakiem. Z jednej strony, znak może wyrażać sygnalizacyjnie coś subiektywnego, jakiś stan dziejący się hic et nunc, z drugiej strony znak może odnosić się do pewnej obiektywnej treści.
Na co dzień obie funkcje znaku są niezauważalne, jednak bardziej wnikliwa obserwacja tego fenomenu pozwala zauważyć opcje krańcowe. Możemy powiedzieć tu za J. M. Bocheńskim, iż znak posiada swój sens ejdetyczny wtedy, gdy znamy jego semantyczny odpowiednik, tzn. jeżeli wiemy, co on oznacza czy też co on znaczy, oraz sens operacyjny wtedy, gdy wiemy tylko, jak można go używać, tzn. jeżeli znamy obowiązujące go reguły syntaktyczne. W ostatnim przypadku nie odpowiadamy, co ten znak znaczy, ale wiemy, jak możemy się nim posługiwać~.
"Znak-sygnał" powstaje na mocy konwencji, odnosząc się lub nie do konkretnego desygnatu, spełniając swoją funkcję dźwiękonaśladowczą lub wizualną, natomiast "znak-słowo" ma zawsze oprócz strony zewnętrznej (materialnej) mniejszy lub większy wewnętrzny sens (mimo iż może mieć koincydentalnie zapożyczoną "szatę zewnętrzną" której prawdziwe znaczenie ujawnia się dopiero w kontekście). Istotę "znaku-sygnału" stanowi to, co "materialne", istotą "znaku-słowa" jest to, co "duchowe", czyli obiektywny sens, który sprawia, że niezależnie od używanego języka, niezależnie od upływu czasu "to słowo" oznacza "tylko to". A im głębszy ma sens, tym dłuższy ma żywot, trwając niezmiennie mimo relatywnych kontekstów i brzmienia. Nie zmienia go bowiem ani niedoskonałość jego interpretacji, ani modyfikacja brzmieniowa czy graficzna, natomiast największym niebezpieczeństwem jest dla niego "radosna twórczość" dzieląca jego pierwotne w miarę jednolite znaczenie na skwantyfikowane jednostki sensu.
Słowo nie jest bezpośrednim odbiciem bytu, lecz tylko formą ujmującą nasze myśli o nim, a to może sprawiać, że będziemy mieć poważne trudności zarówno w procesie formowania, jak i oddeformowania naszego obrazu rzeczywistości. Zdarza się przecież często, że ten sam znak jest wieloznaczny lub odwrotnie, wiele znaków odnosi się do tej samej rzeczy. Można powiedzieć, iż każde słowo jest znakiem, lecz nie każdy znak jest słowem. Co znaczy, że jeżeli dany jest sens ejdetyczny, wtedy obecny jest sens operacyjny, ale odwrotnie nie możemy do znaku dołączyć sensu operacyjnego, nie dając mu przy tym żadnego sensu ejdetycznego.
Wiele robimy, by kategorie naszych myśli miały charakter obiektywny, ale zamiar ten ciągle pozostaje w sferze ideału. A sprawa jest o tyle ważna, iż słowa ciągle odgrywają główną rolę w poznawaniu człowieka i świata. Słowa, które często stają się fetyszem obdarzonym magiczną siłą stwarzania nierealnej rzeczywistości. Magia słów na ogół rośnie wraz z częstotliwością ich używania i wraz z wielkością autorytetu używających ich podmiotów. Nadmierne używanie słów prowadzi do zużywania ich ejdetycznych zawartości, w konsekwencji słowa stają się puste i nie bardzo już wiadomo, co znaczą. Dewaluacja słów oznacza, że w żaden sposób nie odnoszą się do rzeczy, tylko do naszych subiektywnych wyobrażeń o niej, a wyobrażeniami można bezkarnie manipulować i nadużywać bez konsekwencji, iż etykietka myśli zostanie skonfrontowana z samą rzeczą.
W procesie poznawania bardzo często zwraca się uwagę na pozytywne możliwości języka, a rzadziej na jego ograniczenia i związane z tym negatywne konsekwencje. W psychologii i nie tylko, w sposób zbyt oczywisty podkreśla się fakt, że posługiwanie się językiem warunkuje pojawienie się myślenia abstrakcyjnego i co najgorsze stanowić ma to wyższy etap rozwoju nad myśleniem konkretno-obrazowym. Zapomina się tu o tym, co trafnie sformułował L. Kołakowski, iż jakąkolwiek rzeczywistość przekazują słowa, jest to rzeczywistość przefiltrowana przez głębokie sedymenty ludzkiej historii, które przenosimy w naszych umysłach, chociaż niekoniecznie na poziomie naszej świadomej pamięci.
Dziwić więc może dzisiaj teza, iż słowo czyni działanie człowieka wolnym, stanowi bowiem o wyższym sposobie poznawania rzeczywistości, a wyżej w tym przypadku oznacza lepiej3. Osobiście nie jestem o tym tak przekonany, należałoby się bowiem zapytać, jakie słowo i czy patrzenie przez słowo jest czymś lepszym niż patrzenie "bezpośrednie". Nie ulega tutaj wątpliwości, iż każda interpretacja znaku jest poznaniem pośrednim. Należy się zgodzić z Platonem, że ten wynalazek człowieka sprawi, iż będzie sobie przypomina wszystko z zewnątrz, ze znaków obcych jego istocie, a nie z wnętrza, z siebie samego. Nie jest to więc lekarstwo na pamięć, tylko środek na przypomnienie sobie. Uczniom swoim dasz tylko pozór mądrości, a nie mądrość prawdziwą. Posiądą bowiem wielkie oczytanie bez nauki i będzie się im zdawało, że wiele umieją, a po większej części nie będą umieli nic (...) Ten, co myśli, że sztukę w literach zostawia, i ten, co ją chce z niej czerpać, jak gdyby z liter mogło wyjść coś jasnego i mocnego, to człowiek bardzo naiwny.
Platon dosyć jasno tutaj wywodzi, iż język nie może zastępować rzeczywistości pozajęzykowej, jak również i to, że porządek słów nie może być utożsamiany z porządkiem rzeczywistości. Nie wyraża swej tezy w sposób tak krańcowy, jak później powiedział to F. Nietzsche (każdy wyraz jest przesądem), lecz również i on wskazuje na możliwość istnienia, jeśli nie w każdym pojęciu, to w większości, nie sprawdzonych sądów. Oczywiście, sam fenomen poznania "bezpośredniego" jest równie zagadkowy, jak poznawania pośredniego i trudno jest zrozumieć, jak mógłby realizować się proces poznawczy bez uwzględnienia jednego z przedstawionych fenomenów.
A zatem należałoby raczej mówić tu o dychotomicznej koincydencji, która dryfuje dwukierunkowo, optymalnie do warunków "tu i teraz" procesu poznania. Nie neguję więc tutaj ani tezy, iż poznanie obiektywne musi być związane z obiektywną formą komunikatu, czyli określonymi zrozumiałymi znakami, ani tezy, że dany nam język kształtuje naszą wiedzę. Podważam tylko tezę, iż język jest redukcjonistycznie obiektywnym lub subiektywnym narzędziem myślenia o rzeczywistości. Język, w tym słowa, nigdy nie są "niczyje", należą bądź to do naszego doświadczenia aposteriorycznego, bądź to do doświadczenia apriorycznego; są takie, jakimi w stanie było je uczynić dane doświadczenie. Są niczym mniej i niczym więcej. Z jednej strony, słowa pomagają nam w opanowywaniu świata, z drugiej strony - świat słów panuje nad naszym sposobem poznawania rzeczywistości. Zgadzam się, że bez uporządkowanego systemu znaków, trudno wyobrazić sobie rozwój abstrakcyjnego myślenia.
Problemem jest tylko to, jaki jest i jaki powinien być obszar oddziaływania tego języka (zwłaszcza sformalizowanego) w procesie poznawania rzeczywistości. Nikt na ogół nie kwestionuje możliwości języka w odrywaniu się od liniowego przekazu naszych zmysłów skazanych na zdarzenia "tu i teraz". Nikt również nie kwestionuje w zasadzie, iż język umożliwia to, co H. A. Witkin nazywa zmniejszeniem zależności od pola percepcji, J. Piaget -operacjami formalnymi, a K. Obuchowski - zdolnością opracowania informacji w kodach hierarchicznych.
Nie zgadzam się jednak do końca z tym ostatnim, że jakaś sama w sobie osobliwa właściwość języka powoduje, że władający nim uzyskuje tak potężne narzędzie orientacji w otoczeniu, że potrafi pokonać barierę czasu, zespolić swoje doświadczenie z doświadczeniem najtęższych umysłów ludzkich i tworzyć dowolne modele rzeczywistości, posuwające się aż do zaprzeczenia jej istnienia poza własnym umysłem. Rodzi się tutaj bowiem szereg wątpliwości, np. czy rzecz sama w sobie nie jest bogatsza w treści niż jej zwerbalizowane pojęcie, które nie dookreśla jej do końca, i czy aktywne doświadczenie sytuacji "tu i teraz" tylko nas ogranicza, czy też może dokłada brakujące ogniwo w procesie poznawania?
Należałoby się również zapytać, czy jednakowe wyrwanie się z niewoli "nieruchomych znaków", zastępujących lepiej lub gorzej realną rzeczywistość (umożliwiających co prawda sprawną komunikację), przeszkadza, czy też pomaga nam w doświadczeniu pełnego wymiaru bytu? Czy twórcy samego języka - jak pisze M. Scheler - nie pełnią znacznie poważniejszych funkcji niż wyrażanie własnych przeżyć. Czy też nie jest tak, że tworząc nowe formy wyrazu, przekraczają raczej panujące siatki schematów, w których dany język więzi jakby nasze przeżywanie, a innym pozwalają zobaczyć w ich własnym przeżywaniu to, co objąć mogą dopiero nowe, dojrzalsze formy wyrazu. W uzupełnieniu tezy Schelera można przytoczyć w tym miejscu słowa M. Heideggera: Poezja to stanowienie bycia przez stówo. Czy tylko jednak poezja może być tym miejscem, gdzie powstają nowe formy przyswajania i oswajania świata?
A zatem rodzi się tutaj pewna sprzeczność - ustalone znaki nie dopuszczają pewnych przeżyć, mówiąc za L. Wittgensteinem: O czym nie można mówić, o tym należy milczeć, a z drugiej strony nawet potraktowanie przeżyć milczeniem konstatującym "nieświadome" staje się samo w sobie wyrażeniem jakiegoś sensu, a zatem też informuje o jakiejś wiedzy. Zarysowany paradoks oznacza, iż to, od czego język miał nas uwolnić, staje się synonimem niewoli, z nieruchomości na powrót bowiem musimy wyprowadzać zmienność, lecz bez wątpienia w sposób mniej doskonały niż to, z czym spotykamy się "bezpośrednio".
Pomijam tu sytuację, gdy obcowanie z abstrakcyjnymi konstruktami znaków może być dla kogoś bardziej realnym światem niż świadectwo zmysłów, dezorientując użytkownika tego języka, któremu wydaje się, że nad nim panuje i dezorganizując innych, którzy nie są w stanie przeskoczyć bariery abstraktu, złudnie wywiedzionego, iż jest on nadbudową nad uprzednio poznaną rzeczywistością. W związku z tym często myślimy tak, jak potrafimy o tym mówić, a mówimy to, co rozumiemy i w co wierzymy, między innymi w to, iż inni potrafią znakomicie odróżnić porządek języka od porządku rzeczywistości. H. G. Gadamer pisze, iż w pojęciach, którymi myślimy już są założone decyzje, ale decyzje te ukryte są tak gruntownie, że jesteśmy niejako zamknięci w ich horyzoncie interpretacyjnym (...), każde używane przez nas pojęcie przynosi jakąś decyzję, której prawomocności już nie sprawdzamy.
N. Hartmann stwierdza podobnie: Same formy myśli i oglądu, w których jednostki dokonują swych prac, nie są ich dziełem, lecz historycznie powstałej tradycji myśli. Jednostka przejmuje je, wykształca się na nich i wzrasta w nich, by potem stosować je jako swoje własne. Trafność tych tez leży wlanie we wskazaniu możliwości obecności w pojęciach nie zweryfikowanych sądów, jak również faktu, iż nie kategoryzowane myśli dostają się w większości w obszar masowo powielanych "szablonów języka". Stajemy się przez to marionetkami mniej lub bardziej obcego nam scenariusza życia. Nikt zatem z posługujących się językiem nie może być absolutnie wolny od przesądów. Dzieje się tak, ponieważ trudne jest oddzielenie porządku języka od porządku rzeczywistości. Trudne jest również rewolucyjne zerwanie z tradycją, czyli tym wszystkim, co stanowiło do tej pory treść życia.
Ale prawdą jest nie tylko to, że myślimy według kategorii, lecz także kategoryzujemy według myśli. Dlatego nikt nie może być absolutnie uzależniony od przesądów i nie może arbitralnie orzekać, jak dalece określone pojęcie fałszuje obraz świata lub jak blisko jest ono samej rzeczy. Pojęcia stanowią na pewno o sensie naszego bycia w świecie, ale jednocześnie nie warunkują go w sposób bezwzględny. Prawda pojęcia nie musi być ani odbiciem rzeczy, ani konstytucją jej istoty, lecz powinna być w miarę nie zmieniającą się formą utrzymywania sensu rzeczy. Może to oznaczać, że w porządku bezwzględnym na początku jest słowo, w porządku względnym słowo staje się na końcu. Dlatego poprzez słowo nie tylko coś stwierdzamy, ale także stwarzamy pewne fakty: Słowa zatem to nie tylko użyteczne narzędzia opisu (K. R. Popper) naszego bytu, lecz również są one jego nierozerwalnym elementem, a istoty tego związku nie da się zignorować. Słowa nie są tylko etykietkami klasyfikującymi rzeczy, lecz także coś ujmują, a wysiłek tego ujmowania jest próbą dotarcia do samej rzeczy. Pojęcie świata nie jest światem pisze N. Hartmann ale mając je myślimy o świecie i gdy się je modyfikuje na gruncie nowych doświadczeń, poznaje się świat. Dla człowieka świadomie wypowiadającego słowa, ich brzmienie i wyraz są pojęciami właśnie tego świata. Nie są tylko motywacją i sygnałem jego zmiennych zachowań, lecz także sensem myślenia o świecie. Świadomość za pomocą pojęć określa granice świata dającego się pomyśleć, zaś przed i za pojęciami - daleko ukryty - stoi niezmienny sens.
Świat, który się zjawia w świadomości człowieka jest - od pierwszych dni jego życia aż po ostatnie światem pojęć, z którymi się zgadza i z którymi się nie zgadza. Jakkolwiek należy pamiętać, że porządkowanie (pojmowanie) świata nie musi być wyrażone zawsze w słowach, to jednak komunikacja werbalna jest wszechobecna. Mimo to treść własnych przeżyć udaje się czasem (zwłaszcza artystom i dzieciom) zakomunikować w formie pozawerbalnej, w określonych obrazach plastycznych, gestach czy muzyce; poprowadzić odbiorcę komunikatu do swoistego "zarażenia" emocjonalnego, pewnego rodzaju syntonii odwołującej się do "uniwersalnego języka", który obejmuje wszystkie sposoby wyrazu i jest podstawą rozumienia wszelkich rodzajów komunikowania się istot żyjących.
Człowiek, który nie ćwiczy w sobie tej naturalnej zdolności transcendentalnego odczuwania sensu bycia, który nie reformuje sposobów myślenia kategoriami, zmuszony jest do korzystania z gotowych szablonów języka, usztywniających jego horyzont widzenia świata. Widzi wprawdzie "pewnie", lecz jednocześnie nie patrzy "własnymi oczami". Nie uzyskuje bezpośredniego wglądu w to, co rzeczywiste, a często zwiedziony przesądem chce tego, co surrealistyczne i zawsze pozostanie abstraktem. Rezygnując zbyt łatwo z wysiłku przyswojenia tego, co aktualne i oswojenia tego, co możliwe.
Wiesław Andrukowicz
Uniwersytet Szczeciński
XVI Targi Edukacyjne w Poznaniu
Maciej Maciołek 12 Luty 2012, 00:00
Katarzyna Zagajewska-Sycz 09 Luty 2012, 00:00
„Nowa” pomoc psychologiczno -pedagogiczna
Mariusz Wiśniewski 03 Luty 2012, 00:00
Comeback rózgi i klęczenia na grochu?
Aleksandra Rygiel 03 Luty 2012, 00:00
Dzieci w sieci – nowy cel ataków hakerów
Karolina Krzysik 03 Luty 2012, 00:00
Czy media społecznościowe służą wykluczonej młodzieży?
Dr. Tom Brown 09 Luty 2012, 21:39
MEN/ Nowe zasady oceniania pracy szkół i przedszkoli
LinarCubo LinarCubo 09 Luty 2012, 16:34
Czytanie i pisanie u dzieci słabo widzących – którędy omijać trudności?
LinarCubo LinarCubo 09 Luty 2012, 14:35
Konektywizm - Sieci, małe światy, luźne więzi
jeck steve 09 Luty 2012, 07:01
imarion 08 Luty 2012, 18:24