Nauczyciel Iksiński w dobie zmian

Pewien pan, powiedzmy Iksiński, postanowił kiedyś zostać nauczycielem. Była to decyzja przemyślana i świadoma. Po ukończeniu studiów pedagogicznych trafił do szkoły na dalekiej prowincji, bo niestety znaleźć pracy w jakimś przyzwoitym wielkomiejskim liceum nie miał możliwości. I tak przez dobrych kilka lat pan Iksiński konfrontował wyniesioną z uczelni wiedzę z realiami wiejskiej szkoły, aż wreszcie nauczył się jako tako w nowej dla niego rzeczywistości funkcjonować. Udowodnił innym, a nawet sobie samemu, że można tu osiągnąć niezłe efekty, tyle że kosztem czasu pracy, który rozciągał się do niebotycznych wymiarów.

Wkrótce przyszła refleksja, która spowodowała krytyczniejsze spojrzenie na cele nauczania i wychowania, obowiązujący program i podręczniki. W rezultacie głębokiej zadumy pozwolił sobie nasz Iksiński poeksperymentować na swoich zajęciach z uczniami. Dzięki temu osiągali lepsze wyniki, rodzice byli zadowoleni, zwierzchnicy dumni, bo szkoła zaczęła się liczyć na różnych przeglądach i konkursach. Tym bardziej że niewiele to kosztowało, gdyż pobory Iksińskiego nie rosły wraz z jego inicjatywami i zapałem, a otrzymywane czasem nagrody i tak byłyby... sprawiedliwie dzielone na wszystkich.

Z czasem Iksiński zaczął przemyśliwać o bardziej planowych i usankcjonowanych jakimś dokumentem działaniach i tak wpadł na pomysł rewolucyjnych zmian w edukacji. Najpierw przez intensywne samokształcenie. Zaprenumerował kilka tytułów pism pedagogicznych, wędrował po bibliotekach i księgarniach, pożyczał, kupował i czytał. Efektem był program autorski, który uzyskał akceptację MEN i... przysporzył zmartwień zwierzchnikom Iksińskiego. Przedsięwzięciu towarzyszyła bowiem ogólna nieufność i zdziwienie, głównie dlatego, że było to coś nowego i budzącego strach. Ale ponieważ realizacja zamierzeń nie wymagała wielkich pieniędzy, więc ostatecznie pozwolono Iksińskiemu działać i co zaczął, dokończył.

Z czasem nie wystarczała już lektura książek i czasopism, szukał kontaktu z ludźmi podobnymi sobie, którzy w polskiej szkole chcieli coś zmienić. Zaczął więc uczestniczyć w spotkaniach, naradach, zjazdach – poznał nauczycieli próbujących pracować inaczej. Wymieniali doświadczenia, słuchali się wzajemnie z zainteresowaniem i uwagą. Przypadek sprawił, że nasz bohater trafił do jednego z WOM-ów, późniejszego ODN-u. Początkowo z pewnymi obawami prezentował swoje pomysły koleżankom i kolegom po fachu, ale szybko zdał sobie sprawę, że to, co dla niego było oczywiste i sprawdzone, dla innych stanowiło zupełną nowość.

Przygoda z doskonaleniem zawodowym nauczycieli skłoniła p. Iksińskiego do planowego i konsekwentnego realizowania własnego rozwoju zawodowego. Zaliczył kilka kursów przedmiotowo-metodycznych, systematycznie wyjeżdżał na warsztaty i seminaria, nie omieszkał też, niejako po drodze, zdobyć dwu stopni specjalizacji i ukończyć studiów podyplomowych. Nie zrażały go pogłoski, że stopnie specjalizacji zostaną zlikwidowane, że całe doradztwo jest zbędne, bo skupia jedynie “znajomych Królika”, których czas się pozbyć z placówek doskonalenia, bo drogo kosztują, a żaden z nich pożytek. A mimo to nie zrażał się, ale jak w piosence “robił swoje”: wdrażał reformę na swym własnym poletku dydaktyczno-metodycznym i uczył innych, jak je uprawiać. I nadal się rozwijał, bo dyktowały mu to aspiracje zawodowe i sprawowana funkcja; sprawdzał się jako autor materiałów metodycznych i podjął współpracę z ważnym, bo pilotującym reformę, wydawnictwem podręczników.

 

Czas płynął szybko. Reforma stała się faktem, zyskała zwolenników, którzy wkraczali pewnie i hałaśliwie na scenę oświatowych dziejów oraz odkrywali to, co p. Iksiński dawno odkrył i upowszechniał w swoim rejonie działania. Bez większych obaw słuchał więc niepokojących innych wieści o zmianach, zwłaszcza że program dawno wymienił na taki, który uwzględniał intencje rodzących się w bólach podstaw programowych, a o swój awans zawodowy też się nie martwił, bo przecież nowy projekt miał promować najlepszych.

Jakżeż się mylił! Najpierw zmiany uderzyły mocno Iksińskiego po kieszeni. Od ministerstwa dostał bowiem tylko to, co wszyscy inni uprawnieni. Aspiracje nie pozwalały mu na tym poprzestać, więc przykładnie podjął wspinaczkę odpowiednią ścieżką. Po uzyskaniu zaszczytnego tytułu nauczyciela dyplomowanego został wpisany na listę ekspertów w zakresie nauczanego przedmiotu i zdawać by się mogło, że wreszcie powinien się czuć usatysfakcjonowany. Nasz Iksiński należy jednak widocznie do ludzi, którym wiecznie wszystkiego za mało: ma wiedzę, umiejętności, tytuły, kilka publikacji na swoim koncie i tak sobie myśli, że mógłby to jakoś spożytkować. Ale jak?

 

Przypisany kiedyś do małej szkoły, po reformie strukturalnej i zmianach w sposobie finansowania oświaty pracuje w warunkach gorszych niż kiedyś. Na innym terenie pracy nie dostanie, bo każdy organ prowadzący szkołę martwi się dziś o to, by zapewnić zatrudnienie tym, których już ma w podlegających mu placówkach albo nauczycielom zaczynającym pracę, wobec których nie ma zobowiązań poza zapisanymi w zawartej na czas określony umowie. Ci ostatni są zdecydowanie bardziej pożądani niż taki Iksiński także i z tego względu, że zapłacić im trzeba mniej niż jemu. W placówkach doskonalenia nie zatrudnia się dziś doradców, a jeśli nawet, to znów spośród ludzi z własnego terenu. Do różnych innych instytucji związanych z doskonaleniem czynnych nauczycieli, jak wydawnictwa czy uczelnie pedagogiczne, ma daleko, zresztą one bazują głównie na swoich pracownikach etatowych i co najwyżej czasem szukają czyjejś pomocy.

Pisze więc wysoko: “Panie Ministrze, mógłbym coś jeszcze zrobić dla polskiej oświaty, tylko proszę o stworzenie mi szans. Rozważę każdą ofertę gwarantującą jakieś gratyfikacje finansowe, bo na pracę dla samej idei tracę już ochotę”. A patrząc na swych młodszych kolegów, zastanawia się, czy ich pogoń za awansem ma jakikolwiek sens. I przestaje się dziwić, gdy zapał opada. A przecież jaka to piękna idea rozwijać się zawodowo! Trzeba tylko pamiętać, że ten rozwój pociąga za sobą rosnące aspiracje, większe oczekiwania, różne “apetyty” na możliwości realizowania się w dodatkowych rolach i funkcjach, także poza własną placówką.

A naszemu Iksińskiemu poza satysfakcją z tego, co już osiągnął, niewiele pozostaje pożytku. Teraz zarabia mniej niż kiedyś. Myślał: “Będę jeździć mercedesem”, ale musi zadowolić się wysłużonym maluchem. A w szkole? Z uporem maniaka rozwija dalej aspiracje swoich uczniów, od których nie raz usłyszy ironiczne słowa: “A po co mi matura? Pan skończył studia, ma dyplomy, a na pierwszego bierze 1000 złotych!”

I nie doczeka chyba czasu, aby ktoś na liście zasłużonych dla swojej małej ojczyzny zechciał obok przedsiębiorców prywatnych, działaczy partyjnych, wójtów i innych ludzi na wysokich stanowiskach wymienić skromnego nauczyciela o nazwisku Iksiński...

 



Belfer

 

Listopad/Grudzień 2009
REKLAMA
FACEBOOK
KATEGORIE
NAJNOWSZE ARTYKUŁY

XVI Targi Edukacyjne w Poznaniu

Maciej Maciołek 12 Luty 2012, 00:00

(W)inna Szymborska

Katarzyna Zagajewska-Sycz 09 Luty 2012, 00:00

„Nowa” pomoc psychologiczno -pedagogiczna

Mariusz Wiśniewski 03 Luty 2012, 00:00

Comeback rózgi i klęczenia na grochu?

Aleksandra Rygiel 03 Luty 2012, 00:00

Dzieci w sieci – nowy cel ataków hakerów

Karolina Krzysik 03 Luty 2012, 00:00


OSTATNIE KOMENTARZE

Czy media społecznościowe służą wykluczonej młodzieży?

Dr. Tom Brown 09 Luty 2012, 21:39

MEN/ Nowe zasady oceniania pracy szkół i przedszkoli

LinarCubo LinarCubo 09 Luty 2012, 16:34

Czytanie i pisanie u dzieci słabo widzących – którędy omijać trudności?

LinarCubo LinarCubo 09 Luty 2012, 14:35

Konektywizm - Sieci, małe światy, luźne więzi

jeck steve 09 Luty 2012, 07:01

Dr kalkulator

imarion 08 Luty 2012, 18:24

FACEBOOK

Powrót do góry