Nowe zasady awansu. Okiem praktyka

Kończy się drugi rok wprowadzania w życie nowych zasad awansowania nauczycieli. Mimo że powołane komisje rozpoczęły realizację zadań według ściśle określonych przepisów, reakcja zainteresowanych, czyli nauczycieli, na te procedury była w najlepszym razie niechętna, oparta na emocjach.


 

Powoli słabnie fala histerycznych głosów zdesperowanych nauczycieli na temat nowych zasad awansu zawodowego. Pierwsze reakcje wynikały w dużym stopniu z jednej strony z braku dostatecznej i wyczerpującej informacji, z drugiej – z lęku typowego dla większości nowych i nieznanych sytuacji pociągających na dodatek za sobą w tym wypadku konieczność zmierzenia się z licznymi wymaganiami zupełnie obcymi przeciętnemu nauczycielowi.

A ów lęk był poniekąd uzasadniony. Jako pierwsi mieli prawo się upomnieć o zaszczytny tytuł nauczyciela dyplomowanego dyrektorzy i zrobili to pełni wiary w powodzenie swego kroku. Efekt był zupełnie nieoczekiwany – tu i ówdzie obronną ręką wyszły z tego przedsięwzięcia 2-3 osoby na kilkaset. Zaczęły krążyć legendy o niebotycznych wymaganiach stawianych teczkom kandydatów do tytułu nauczyciela dyplomowanego. Budziło to tym większy sprzeciw, że tytułem nauczyciela mianowanego bez żadnej weryfikacji obdarowano wszystkich uprawnionych pod względem formalnym. Został nim więc zarówno mistrz zawodu, jak i ten, który przez całe lata niczym szczególnym się nie wyróżnił lub pracował zbyt krótko, by zdążyć to uczynić. Na dodatek kadrę kierowniczą przesiano przez tak gęste sito, że wielu szeregowych adeptów zawodu wycofało się po cichu z całego przedsięwzięcia, nie czekając na wynik przeglądu teczek w drugim terminie. Ci bardziej zawzięci trwali w postanowieniu i odbywszy konieczny staż wypełniony szaloną pracą, złożyli odpowiednie wnioski oraz dokumentację potwierdzającą dorobek.

 

Cały rok szkolny 2000/2001 upływał pod znakiem wielkiej niewiadomej, gdyż przepisy niby szczegółowo określiły wymagania, doprecyzował to jeszcze materiał przygotowany przez CODN, ale co jakiś czas wybuchała nowa bomba i okazywało się, że indywidualna interpretacja i własne wyobrażenie dokumentacji nijak się mają do tabel i wykazów, którymi posługują się komisje. Na dobrą sprawę nie bardzo było do kogo kierować pytań i wątpliwości. W tym samym czasie zlikwidowano etaty doradców, szukając w ten sposób ratujących oświatę oszczędności.

Nikt więc tak naprawdę nie był zobligowany pełnioną funkcją do zdobywania i przekazywania informacji. Dyrekcje szkół wiedziały bardzo niewiele, mimo że niektóre z nich miały możliwość uczestniczenia w zebraniach informacyjno-szkoleniowych. Nie wszędzie pomyślano jednak o zorganizowaniu takich szkoleń, zwłaszcza nieodpłatnych, i o szerszym niż kadra kierownicza adresacie. Po 2-3 miesiącach sytuacja zmieniła się o tyle, że ruszyły szkolenia i kursy dla nauczycieli, oczywiście odpłatne – jak na nową rzeczywistość przystało. Chętni się znaleźli. Każdy chciał awansować, to i zapłacił, by go nauczono, co i jak ma w związku z tym opracować. Bodźcem dodatkowym jest nadto fakt, że pierwsze nauczycielskie kandydatury poddano równie krytycznemu oglądowi jak dyrektorskie. Organizatorzy szkoleń mogli być więc dumni z pomysłu.

Pytanie tylko, czy za kilka miesięcy teczki składane przez nauczycieli nie będą swą zawartością i kompozycją materiałów tak do siebie podobne, że komisje nie dopatrzą się nawet cienia autora i sprawcy opisanych w złożonych materiałach dokonań. Osobiście uważam, że dobór dokumentów, sposób ich opracowania, charakter materiałów, jakaś indywidualna koncepcja tak poszczególnych opracowań, jak i całości bardzo dużo mówi o człowieku i jego umiejętności dokumentowania własnej pracy. Mamy dziś dość powszechne zjawisko prac zaliczeniowych czy dyplomowych pisanych na zamówienie. Czyżby wkrótce dla niektórych dodatkowym źródłem dochodu miały się stać redagowane na zamówienie dokumentacje na stopnie awansu zawodowego?

 

Sądzę, że zainteresowanemu awansem nauczycielowi jest potrzebna wyczerpująca informacja. Zdawanie się na Internet, prasę, przepisy jest samooszukiwaniem się. Wielu nadal do Internetu ma dostęp okazjonalny, na prasę nie ma pieniędzy, a na chodzenie do biblioteki, by ją poczytać – czasu. Równie potrzebne są konsultacje indywidualne wtedy, gdy nauczyciel tworzy już sam dokumenty, układa je, selekcjonuje, weryfikuje. Przynajmniej do mnie z tym właśnie przychodzą znajomi nauczyciele. Jest to pomoc bardzo czasochłonna, ale dająca szanse na samodzielność w tworzeniu dokumentacji. Zupełnie natomiast niedochodowa i nieefektowna oraz wykluczająca z grona pomagających tych, którzy nie są nauczycielami praktykami i sami nie realizowali podobnych zadań.

Człowiek, który ma określony dorobek, powinien umieć go udokumentować. Musi się zgodzić z tym, że zadanie tego typu wymaga dodatkowego trudu i określonych umiejętności z jego strony. Rozumiem, że zostało to wpisane w postawione przez przepisy wymagania. Jeśli się przyjmie, że ktoś w swojej pracy zawsze improwizuje, niczego nie jest w stanie zaprojektować, poddać refleksji, ocenie i weryfikacji, to wyklucza to chyba jego pedagogiczne mistrzostwo uprawniające do najwyższych szczebli w hierarchii zawodowej, co niekoniecznie musi oznaczać brak sukcesów i uznania dla jego nauczycielskich działań.

Tymczasem już w tej chwili słyszy się krytyczne opinie najgłośniej wypowiadane przez osoby, które nie widzą dla siebie szans na przebycie przedostatniego szczebla ścieżki awansu. Jest w nich wiele epitetów w rodzaju: idiotyczne, bezsensowne, nieświadczące o wiedzy i umiejętnościach, głupie, krzywdzące, niesprawiedliwe. Obraża to tych ludzi, którzy na awans zapracowali sobie, zanim go w tej postaci wymyślono, a mimo to odbywali staż i cierpliwie realizowali wymagane zadania podejmowane wcześniej dziesiątki razy. Pamiętam, jak krytycznie wypowiadano się ostatnio na temat wartości egzaminu na stopnie specjalizacji.

 

Na pewno różnie to wyglądało, ale z własnego doświadczenia (zdobywałam je sama i kierowałam zespołem ds. stopni specjalizacji dla polonistów) wiem, ile pracy dydaktycznej i samokształceniowej wymagało ich zdobycie. Wieńczył je za każdym razem egzamin. To, jak wyglądał, zależało w dużym stopniu od komisji, ale i samego zdającego. Teraz jest chyba podobnie. Zawsze przecież my sami ustanawiamy poziom, na jakim chcemy funkcjonować. Źle bywa wtedy, kiedy zaczynają na nas wpływać czynniki zmuszające do działania wbrew sobie. Dotyczy to każdego pojedynczego człowieka, ale i wszystkich zespołów, komisji, grup. Jestem optymistką (bywa, że niepoprawną) i chcę wierzyć, że wraz z upływem czasu stopni awansu nie będzie się przydzielać z urzędu i nie staną się automatyczną konsekwencją objęcia np. kierowniczego stanowiska.

Wierzę również, że komisjom zostaną stworzone lepsze warunki pracy. Zasiadający w nich eksperci będą mieli czas, aby wnikliwie i w sposób bardzo indywidualny podejść do każdej analizowanej dokumentacji, odszukać w niej nauczyciela praktyka zdolnego do ciągłej refleksji prowokowanej własnym i uczniów działaniem. Z drugiej strony rzeczywistość ma się bardzo dziwnie do takich jak moje oczekiwań i nadziei. Jest np. dla mnie zastanawiający sposób finansowania pracy ekspertów (pomijam już fakt śmiesznej wysokości wynagradzania). Jak interpretować sumę 15 złotych za przegląd dokumentacji, która zostaje odrzucona, przy trzykrotnie (lub więcej) wyższej, gdy nauczyciel awans otrzymuje?! Czyżby miało to oznaczać, że to są materiały, które szybciej i łatwiej się przegląda? Osobiście zawsze zanim wystawię negatywną ocenę, wracam 2-3 razy do uczniowskiej pracy. Szybciej i łatwiej jest chyba wyrazić pozytywną opinię niż coś (kogoś) zdyskwalifikować, zwłaszcza jeśli odnosi się to do osoby dorosłej, mającej nie mniejsze niż wystawiający ocenę kwalifikacje.


Oczekiwałabym też, aby ktoś zainteresowany awansem mógł w nieco większym stopniu określać pola swojej działalności i wybitności. Nie można być mistrzem we wszystkim. Ktoś, kto z pasją tworzy programy autorskie, eksperymentuje na lekcji, rejestruje swoje dokonania i udostępnia je innym na łamach czasopism, pisze podręczniki albo oddaje się bez reszty dzieciom niepełnosprawnym, niekoniecznie, moim zdaniem, musi szkolić innych nauczycieli, realizować się jako wychowawca klasy lub członek szkolnych komisji opracowujących różne dokumenty.

Notabene praca w tych ostatnich w przypadku małych szkół jest jednym z podstawowych obowiązków. Każdy nauczyciel jest w jakiejś komisji czy zespole. Czy tam pracuje, czy tylko “jest”, to oddzielna kwestia i nie rozstrzygnie jej włączenie do dokumentacji materiału, którego staje się w ten sposób współautorem. Nawiasem mówiąc, kontrowersyjne wydaje mi się w ogóle akceptowanie materiałów dokumentujących wysiłek grupy (chyba że zainteresowany opisuje sposób kierowania nią, własne inicjatywy działań służące usprawnianiu pracy kolegów, pokazuje własny wkład w dzieło).

Równie dyskusyjne wydaje mi się przykładanie tak dużej wagi do samego posiadania świadectw i dyplomów ukończenia kursów i studiów. Znaczące może to być tylko pod warunkiem, że z dokumentacji wynika, jak podnoszący kwalifikacje nauczyciel potrafił nabyte umiejętności i wiedzę wykorzystać we własnej pracy, jak to, czego się nauczył, spożytkował w pracy. Można mieć dziesiątki kursów i co rok fundować sobie nowe studia podyplomowe (zwłaszcza dofinansowywane), a lekcje prowadzić od 20 lat w identyczny sposób albo zamieniać je w nieustający egzamin ustny lub pisemny. Można też w stopniu znaczącym podnieść własne kwalifikacje dzięki planowemu i dobrze zorganizowanemu samokształceniu. Można wreszcie, czego wielu z nas doświadczyło, stracić czas i pieniądze, a niczego się nie nauczyć – czasem z winy prowadzącego, czasem organizatora, a czasem współuczestników, którzy przyszli zdobyć kolejne zaświadczenie czy dyplom, bo z tego są rozliczani w szkole.

 

Na koniec chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na fakt, że nowy system awansowania nauczyciela nałożył dodatkowe obowiązki na dyrektorów szkół. Przybyło im pracy, do której też nie są przygotowani. To oni przecież muszą potwierdzić każdy dokument, wyrazić akceptację, zapisać uwagę, zaopiniować itp. Trudno to robić, kiedy otrzymują dokumenty na koniec stażu nauczycielskiego, gdy trzeba się ustosunkowywać na przykład do spraw sprzed roku. Łatwo wówczas wartość czegoś przecenić, coś zbagatelizować, nie dopełnić pewnych wymogów formalnych. Konsekwencje tego mogą być nieprzyjemne, zwłaszcza dla nauczyciela. Może warto zatem wypracować sobie w szkołach jakiś sposób na w miarę bieżące realizowanie tych obowiązków?

To wszystko wyraźnie wskazuje, że przed nami jeszcze bardzo wiele. I tak naprawdę dużo zależy od tego, w jakiej atmosferze, przy jakim i czyim wsparciu oraz pomocy będzie nauczyciel na swój awans pracował. Najważniejsze, by nie było to wyłącznie jego sprawą i by wszyscy mający wpływ na ocenę jego dokonań zechcieli dostrzec w nim człowieka-autora i twórcę pewnych przedsięwzięć, których dominanty on jednak wybiera i wskazuje. Komisja może je jedynie wyżej lub niżej punktować.

 



Grażyna Jańczyk
Poddębice
 

Listopad/Grudzień 2009
REKLAMA
FACEBOOK
KATEGORIE
NAJNOWSZE ARTYKUŁY

XVI Targi Edukacyjne w Poznaniu

Maciej Maciołek 12 Luty 2012, 00:00

(W)inna Szymborska

Katarzyna Zagajewska-Sycz 09 Luty 2012, 00:00

„Nowa” pomoc psychologiczno -pedagogiczna

Mariusz Wiśniewski 03 Luty 2012, 00:00

Comeback rózgi i klęczenia na grochu?

Aleksandra Rygiel 03 Luty 2012, 00:00

Dzieci w sieci – nowy cel ataków hakerów

Karolina Krzysik 03 Luty 2012, 00:00


OSTATNIE KOMENTARZE

Czy media społecznościowe służą wykluczonej młodzieży?

Dr. Tom Brown 09 Luty 2012, 21:39

MEN/ Nowe zasady oceniania pracy szkół i przedszkoli

LinarCubo LinarCubo 09 Luty 2012, 16:34

Czytanie i pisanie u dzieci słabo widzących – którędy omijać trudności?

LinarCubo LinarCubo 09 Luty 2012, 14:35

Konektywizm - Sieci, małe światy, luźne więzi

jeck steve 09 Luty 2012, 07:01

Dr kalkulator

imarion 08 Luty 2012, 18:24

FACEBOOK

Powrót do góry