Sens diagnozy edukacyjnej
Diagnozę osiągnięć szkolnych ucznia należy rozumieć nie jako wyrywkowe ocenianie jego poziomu wiedzy i umiejętności wymaganych programem kształcenia i wychowania, ale jako badanie szeroko rozumianego rozwoju dziecka.
Z badaniami diagnostycznymi najczęściej nauczyciele mają do czynienia jako uczestnicy studiów podyplomowych lub członkowie zespołu badawczego, ewentualnie – w przypadku wdrażania programu innowacyjnego. I po zaliczeniu zajęć czy ukończeniu programu więcej do tych metod nie wracają. Co powoduje, że mając opanowane narzędzia, które ujawniają nieznane wcześniej obszary wiedzy lub niewiedzy i kompetencje społeczne wychowanka, nauczyciel świadomie rezygnuje z wygodnej i pożytecznej praktyki? Mało tego, panuje przekonanie, że prowadzenie diagnozy edukacyjnej to jedynie strata czasu...
Na potwierdzenie przytacza się takie przykłady: co zrobić, kiedy siedmioletni Michał, co prawda, nie umie czytać, ale potrafi konstruować skomplikowane budowle, które w jakiś magiczny sposób stoją pewnie na swych podstawach. Nie daje się to przełożyć ani na ocenę opisową, ani na cyfrową, bo program kształcenia nie przewiduje takich treści i kompetencji. Albo: po co nauczycielowi wiedza o tym, że dziesięcioletni Adam biegle posługuje się językiem angielskim, ale źle pisze po polsku?
No, rzeczywiście, jaki ma sens podejmowanie badań edukacyjnych, skoro niezależnie od ich wyniku postępowanie nauczyciela nie ulega żadnej modyfikacji, gdyż, zgodnie z narzuconym lub wybranym, a nawet przez siebie stworzonym programem, jest on jedynie realizatorem zewnętrznej lub wewnętrznej instrukcji wychowawczo-dydaktycznej? Zgodnie z tym nauczyciel powinien interesować się tylko tym, co daje się zmierzyć i zamienić na ocenę. A diagnoza, o której mowa, rzadko daje się w prosty sposób przełożyć na oceny szkolne, bo narzędzia te w znikomym stopniu badają wiedzę szkolną w zakresie założeń programowych, ale raczej – sprawności, umiejętności, dyspozycje, wiedzę wyjaśniającą i interpretacyjną, sposoby radzenia sobie z problemami. Jaki ma więc sens metoda, która nie jest przydatna?
Mało tego, codzienna praca w szkole to przecież oprócz aktywności w zakresie treści programowych również nieustanna nauczycielska obserwacja, dotycząca zarówno zachowań w sensie behawioralnym, jak i wskaźników wiedzy i emocji. Jeśli śledzenie na bieżąco rozwoju uczniów pozwala na względnie prawidłowe wykonanie instrukcji zawartej w programach i podręcznikach oraz na ocenę postępów, choćby w zakresie tej wiedzy, którą nauczyciel przekazuje, to trud podejmowania głębszej diagnozy wydaje się nieuzasadniony.
Żaden z nauczycieli, z którymi prowadziłam rozmowy na temat sensu i sposobów diagnozowania, nie widział związku warunków badania, stopnia standaryzacji narzędzi oraz formuły zadawanych pytań i poleceń z uzyskiwanymi danymi. A dopóki nauczyciel nie będzie wiedział, czy nową wiedzę może spożytkować dla osobistego rozwoju, czy zastosować w konkretnej sytuacji szkolnej, diagnoza pozostanie jedynie na papierze...
W ramach wspomnianego projektu zaproponowałam przeprowadzenie dwóch rodzajów diagnozy. Pierwszy polegał na sprawdzeniu za pomocą testu uzdolnień analitycznych (fizykalnych) dzieci w wieku 9-12 lat z uczestnictwem nauczyciela podczas procesów poznawczych. Dotyczyło to zapoznania stron z zasadami badań naukowych, celami, założeniami, procedurami badawczymi – od hipotez, po sposoby weryfikacji, analizy uzyskanych danych i czynników zakłócających. Zależało mi na skonfrontowaniu obiegowej, zwykle powierzchownej, opinii nauczyciela o dziecku z wynikami przeprowadzonej diagnozy.
Druga część diagnozy polegała na tworzeniu w klasie od kilku do kilkunastu “epizodów wspólnego zaangażowania” nauczyciela i uczniów, głównie z dziedziny wiedzy przyrodniczej, które wykraczały poza program nauczania i stawiały nauczyciela w sytuacji uczestnika zgodnie z zachowaniami i potrzebami poznawczymi oraz emocjonalnymi stron interakcji. Ustalono, że aktualna wiedza dziecka i nauczyciela to przeszłość, a więc podejmowane działania, również w zakresie diagnozy, nie mogą mierzyć i umacniać stanu przeszłego, ale przede wszystkim wywoływać dysonans poznawczy obu stron procesu badawczego i w konsekwencji je rozwijać. Dla nauczyciela bardziej interesujący powinien być sam proces myślenia, sposoby komunikowania, argumentowania, a także stopnie ujawnionej wiedzy osobistej dzieci i źródła jej pochodzenia, a nie pozycja startowa czy osiągnięcia końcowe, wyrażone stopniem znajomości nazw obiektów, zbiorów, typologii i kategorii, terminów i definicji.
Oznacza to, iż nauczyciel znajdował się w sytuacji równie nowej i nieznanej, jak jego uczeń, a zachowania, które miał sprowokować i obserwować, służyły też jemu samemu. Można z całą pewnością powiedzieć, że monitoring zostaje na dalszym planie wobec znacznie istotniejszej tu idei przedsięwzięcia, dotyczącej nadawania sensu nauczycielskim i dziecięcym działaniom badawczym oraz diagnostycznym.
W projekcie zaproponowano nauczycielom do wyboru osiem z szesnastu sytuacji, które miały formułę prowokowanych pytań problemowych. Na przykład: “Gdy potrę bursztyn o wełnę, to potem przyciąga on skrawek papieru. Jak myślisz, dlaczego? Kto ma rację, ten, który mówi, że gleba jest żywa, czy ten, który mówi, że jest martwa? Chciałbyś uzasadnić swoje stanowisko”?
Kolejne zadanie polegało na narracyjnej prezentacji problemu. Oto przykład: “Czasami zastanawiam się, jak powstały niektóre używane przez nas wyrazy i zwroty. Są nawet specjalne słowniki, w których można znaleźć interesujące objaśnienia. Na przykład moja babcia często mówi: “Wiesz, ten twój znajomy jest nie do strawienia”, albo: “Ta książka jest całkiem strawna, daje się czytać”. Na ten temat znalazłam coś w słowniku, co miało wiele wspólnego z żołądkiem. Spróbuj wyjaśnić, dlaczego tak mówi moja babcia i czy to ma rzeczywiście związek z żołądkiem”.
Może też być pisemne polecenie w karcie pracy wskazania na obrazkach desygnatów wyrazów temperatura, uczucie i rzeczowników, które nie znalazły w karcie swoich odpowiedników, z prośbą o wyjaśnienie, dlaczego niektóre wyrazy nie mają swoich odpowiedników na obrazkach. Wydaje się, że te przykłady oddają specyfikę konstrukcji podpowiadanych epizodów wspólnego zaangażowania. Zależało mi bowiem na zwróceniu uwagi nauczycieli na niektóre zachowania dzieci ważne zarówno dla samej diagnozy, jak i dla rozwoju kompetencji.
Analiza zgromadzonego materiału – 360 zbadanych dzieci, każde przynajmniej w ośmiu różnych sytuacjach – wykazuje w pewnym stopniu mechaniczne i sztywne trzymanie się nauczycieli zapisanych w metryczce haseł w rodzaju: wymienia, nazywa, podaje, a więc uporczywe poszukiwanie wiedzy nazewniczej, a nie wyjaśniającej, czy interpretacyjnej. Operacjonalizacja na poziomie rozumie, uzasadnia, tworzy definicje (a nie podaje) odwoływała się do wiedzy wyjaśniającej i interpretacyjnej, a nie nazewniczej i dlatego mimo iż była trudniejsza do zmierzenia, nauczyciele dobrze ją wyczuwali i wystarczająco opisywali, w konsekwencji adekwatnie oceniali, korzystając ze skali punktowej.
Nawiasem mówiąc, nie stwierdzono znaczących różnic w wiedzy przyrodniczej dzieci w wieku 9-12 lat. Prawdopodobnie dzieci i młodsze, i starsze intuicyjnie, na podstawie raczej pozaszkolnych doświadczeń i źródeł, wyczuwają i wyjaśniają zjawiska oraz pojęcia przyrodnicze. Inna zupełnie jest jednak kwestia adekwatności nauczycielskiej oceny w stosunku do opisu sytuacji. Widoczna była skłonność do zaniżania punktacji uczniom starszym, ale też wyrażania negatywnych emocji w opisie i, jak się zdaje, wyraźne poszukiwanie szkolnej nomenklatury, procedur i języka, w sposobach uczestnictwa dziecka starszego w eksperymencie. Można przypuszczać, że nauczyciele, nie spodziewając się zbyt wiele po uczniach młodszych, oceniali wszystkie proponowane sytuacje jako trudne (nawet dla 12-latków), ocena i opis były tu chyba zbieżne z poziomem zaskoczenia, stąd tendencja do ocen wysokich. Wynika to prawdopodobnie z nadmiernego przywiązania nauczyciela do tego, co od lat przekazuje w swoim monologu szkolnym oraz niedoceniania innych jakości i źródeł wiedzy. Są takie dziedziny wiedzy, w których uczniowie, niezależnie od wieku, poruszają się bardzo dobrze, np. człowiek i jego relacje ze środowiskiem, oraz takie, które sprawiają im trudności, np. kosmos, Ziemia, cząsteczka, atom, ruch falowy.
Prawie wszystkie sprowokowane przez nauczycieli epizody wspólnego zaangażowania były z zaciekawieniem przyjmowane przez uczniów, co pozwala mieć nadzieję, że ci nauczyciele, którzy odczuwali satysfakcję z podjętych działań, nie odstąpią od nich wraz z zakończeniem projektu.
W ramach projektu próbowano też zaprezentować sposoby tworzenia sytuacji o podwójnej sensowności, tzn. takich, w których dominuje zarówno dziecięca, jak i nauczycielska aktywność kierunkowa, a nie celowa (kontroli). Udział w projekcie spowodował wywołanie refleksji nad własną postawą i wiedzą oraz świadomość wartości wszystkich rodzajów wiedzy, a więc zarówno nazewniczej, wyjaśniającej, jak i interpretacyjnej oraz jej możliwych źródeł. Niezależnie od uzyskanych dotąd danych na temat wiedzy dzieci projekt stanowi bogate źródło informacji o procesach zachodzących w szkole, a także o uczących w niej nauczycielach.
Ewa Arciszewska
Warszawa
XVI Targi Edukacyjne w Poznaniu
Maciej Maciołek 12 Luty 2012, 00:00
Katarzyna Zagajewska-Sycz 09 Luty 2012, 00:00
„Nowa” pomoc psychologiczno -pedagogiczna
Mariusz Wiśniewski 03 Luty 2012, 00:00
Comeback rózgi i klęczenia na grochu?
Aleksandra Rygiel 03 Luty 2012, 00:00
Dzieci w sieci – nowy cel ataków hakerów
Karolina Krzysik 03 Luty 2012, 00:00
Czy media społecznościowe służą wykluczonej młodzieży?
Dr. Tom Brown 09 Luty 2012, 21:39
MEN/ Nowe zasady oceniania pracy szkół i przedszkoli
LinarCubo LinarCubo 09 Luty 2012, 16:34
Czytanie i pisanie u dzieci słabo widzących – którędy omijać trudności?
LinarCubo LinarCubo 09 Luty 2012, 14:35
Konektywizm - Sieci, małe światy, luźne więzi
jeck steve 09 Luty 2012, 07:01
imarion 08 Luty 2012, 18:24