O pedagogikę na miarę penicyliny!



Wydaje się, iż świat należy do nauk ścisłych: w świecie komputerów, pędzących ulicami pojazdów, urbanizacji przestrzeni, języka ekonomii z produktem krajowym brutto na czele nie ma miejsca dla humanistów, pedagogów. Ich byt, co niekiedy w naszym kraju skwapliwie się przypomina, zależy od ludzi pracy, wytwarzających ogólnonarodowe dobra.


My, humaniści, nic nie wytwarzamy, więc niejako korzystamy tylko z tego, co wypracują inni. Daje się to szczególnie odczuć w okresie przesileń politycznych i podczas dyskusji o podziale budżetu. Nawet w literaturze przedstawiani jesteśmy jako idealiści, marzyciele, z głową w chmurach i błądzącym spojrzeniem. Opowiadania opiewające czasy, które dopiero mają nastać, też na humanistach nie zostawiają suchej nitki, oddając prym pilotom statków międzygwiezdnych lub walecznym zdobywcom galaktyk. A w szkole dzieci powinny wiedzieć, kto to Newton, Miłosz, Balcerowicz, niewielu natomiast słyszy o Dawidzie Konarzewskim…

Czy rzeczywiście nauki ścisłe mogą się obejść bez nauk pedagogicznych? Czy pedagogika nic nie znaczy w dorobku naukowym? Tak postawione pytania coraz częściej zaczyna zadawać się nie tylko w nauce. W rzeczywistości widoczna jest degradacja pracy nauczyciela. O pracy pedagoga w szkole mówi się, że to niezła posadka lub wręcz fucha, przecież nic nie trzeba robić, tylko popijać herbatę w swoim gabinecie!

Z drugiej strony, zjawiska nieakceptowane społecznie nasilają się. Raczeni jesteśmy w mediach obrazkami nieletnich przestępców, narkomanów, niedorostków naładowanych hormonami i nienawiścią. Jeśli wydarzy się jakaś medialna tragedia z udziałem młodych przestępców, dająca dużą oglądalność stacjom telewizyjnym, to zwykle komentarzom towarzyszy stwierdzenie: “To szkoła zawiniła, gdzie byli wychowawcy, nauczyciele, pedagog"? Od szkoły, i szerzej - nauk pedagogicznych - żąda się wynalezienia sposobów na powstrzymanie przemocy wśród nieletnich i jakiś wymiernych efektów w walce z przejawami agresji. Skoro im się płaci, to niech coś zrobią, od tego są!

Nie bierze się pod uwagę, że zaszczepienie dziecku przekonań, wartości moralnych i norm społecznych tak naprawdę należy do rodziny, w której się ono wychowuje. My, pedagodzy, otrzymujemy jedynie “produkt" aspiracji, dążeń, zachowań i panujących stosunków w rodzinie. A to, co do dzieci mówimy, czego ich uczymy, jest cały czas konfrontowane z tym, z czym stykają się w domu. Wygrywa ten, który ma więcej autorytetu, lub poświęca więcej czasu dziecku.

Ale od czasu, kiedy globalnie rzecz biorąc, rodzice postanowili poświęcić się przede wszystkim robieniu kariery zawodowej, rodzina straciła swój dawny wymiar, wielopokoleniowy charakter; nie ma już w niej miejsca dla dziadków, i nikt też nie poświęca młodemu człowiekowi swojego czasu. To, uważają, należy do szkoły. Natomiast nauczyciele i wychowawcy muszą dbać o przygotowanie klasy jako całości do egzaminów końcowych, testów kompetencji itd. Jedna lekcja wychowawcza w klasie to za mało, a często jest wykorzystywana na inne, pilniejsze w opinii nauczycieli sprawy. Uczeń staje się opakowaniem, w które należy wtłoczyć jak najwięcej informacji, jego wnętrze moralne mniej się liczy.

W trudnych sprawach wychowawczych konkretny przypadek, a nie przyczynę zjawiska, zrzuca się na barki pedagoga lub poradnię psychologiczno--pedagogiczną ze słowami: “Zróbcie coś z tym dzieciakiem, on nie nadaje się do funkcjonowania w klasie". Nauki pedagogiczne traktuje się jak medycynę, w której każdy przypadek można w miarę sprawnie zdiagnozować i wyleczyć. Tyle że wnętrza człowieka nie da się porównać z wyrostkiem robaczkowym czy grypą! A nie widząc szybkich efektów w zmianie osobowości ucznia, twierdzi się, że nauki pedagogiczne są nieskuteczne - przez tyle lat nie dorobiły się przecież żadnych odkryć na miarę penicyliny.

Co więcej, takie przekonania mają również rodzice przychodzący do szkolnych pedagogów i instytucji wspierających szkołę z tym samym żądaniem: “Zróbcie coś z nim"! Po rozmowach zazwyczaj padają komentarze: “Też mi fachowcy! Kazali mi rozmawiać z dzieckiem i poświęcać mu więcej czasu. Każdy głupi to wie"! Może i tak, ale czy każdy się do tego stosuje? A tak naprawdę szkoła lub poszczególny pedagog mają związane ręce. Nic nie mogą zrobić bez zgody rodziców, a każda interwencja wykraczająca poza te ramy może się skończyć sprawą w sądzie, nagłośnieniem w mediach, interwencją Fundacji Helsinskiej…

We współczesnym świecie przyszło nam się borykać z nowymi wyzwaniami, o których jeszcze niedawno nie było nawet mowy. Bezrobocie, alkoholizm i narkomania, ubóstwo i głód, osoby samotnie wychowujące dzieci, ucieczki z domów, samobójstwa wśród nieletnich - są to zjawiska społeczne znane od dawna, ale nigdy w takiej skali!

My, nauczyciele i pedagodzy, w swojej pracy musimy bazować na osobowości dziecka i na niej budować to, co zamierzamy osiągnąć. Posługujemy się przede wszystkim wiedzą naukową, która jest konfrontowana z wiedzą potoczną wyniesioną z domu. Szkoła jako instytucja w przekazywaniu wiedzy opiera się na solidnych podstawach nauk pedagogicznych, psychologicznych, socjologicznych i innych. Jej oddziaływania są więc syntetyczne i spójne, a także dają naukowe podejście do rzeczywistości. Dorastający człowiek ma więc wiedzę naukową, która układa mu się w logiczny ciąg zasad, metod, spojrzeń na rzeczywistość. Takie jest zamierzenie szkoły jako instytucji: wychować obywatela z systematyczną wiedzą, który będzie ją wykorzystywał w celu własnego rozwoju i postępu społecznego.

Pewnie że w tym wszystkim gubi się kształtowanie indywidualności ucznia jako jednostki, ale taka jest cena współczesnej, nie tylko polskiej szkoły. Trudno sobie nawet wyobrazić, aby wykształciwszy zamierzone cechy w jakiejś populacji, nagle zacząć wzmacniać ich indywidualną różnorodność. Mijałoby się to z założeniami szkoły jako instytucji. Zresztą myślący i działający podobnie obywatele, z przewidywalnymi reakcjami, są dla pewnych działów gospodarki czy urzędów wręcz wymarzonymi pracownikami. Posłuszeństwo i brak skomplikowanych aspiracji to niekiedy cechy również pożądane w życiu prywatnym. Czy zatem szkoła, nauki pedagogiczne są władcami dusz i mogą je kształtować na swoją modłę i zapotrzebowanie społeczne?

W szkole ścierają się różne koncepcje i wartości. Postęp nauki i wąska specjalizacja niektórych z nich powodują, iż szkoła staje na rozdrożu, coraz częściej dochodzi do pytań bez odpowiedzi: jak uczyć, jakie wartości przekazywać, czy się zmienić? Niektóre instytucje chcą mieć w tej dyskusji swoje zdanie, np. związki wyznaniowe, ugrupowania polityczne. To wszystko cały czas jest konfrontowane z poglądami rodziny i domu.

Tak modyfikuje się programy nauczania, niektórym przedmiotom obcina godziny lekcyjne, innym - dodaje. Tworzy się nowe podziały, tzw. progi edukacyjne. Pamiętamy szkołę podstawową siedmioklasową, ośmioklasową, teraz sześcioklasową. Są próby zepchnięcia szkoły i nauczycieli do roli zarządzających menedżerów, dla których najważniejszy ma być wynik ekonomiczny. Dlatego istnieją w naszym życiu szkolnym takie zjawiska, jak duża liczebność klas, likwidacja szkół, powoływanie na stanowisko dyrektora osób bez przygotowania pedagogicznego. I dalej: dzieci stłoczone na niewielkiej przestrzeni, otoczone ochroniarzami, nadzorowane przez kamery przemysłowe, bez opiekuna, uczące się na kilka zmian. Rodzi to stres, frustrację, agresję i przemoc… Praktyka taka sama jak w zakładach karnych: wokoło tylko zakazy i nakazy, regulaminy, kontrakty itp.

Jeśli w szkole trafi się dziecko zdolne i chcielibyśmy poświęcić mu więcej czasu, to okazuje się, że instytucja szkoły nie jest do tego przygotowana. Zbiurokratyzowanie procedur, niemożliwość jakiegoś nieformalnego podejścia niweczą wszelkie przejawy zaangażowania nauczycieli na każdym poziomie edukacyjnym.

Podobnie niedorzeczny jest system kontroli szkoły. Nauczyciel, wychowawca, pedagog są oceniani przez rodziców, uczniów, dyrektora, innych nauczycieli, wizytatora, doradcę metodycznego, opiekuna stażu, inspektora BHP, sanepid itp. Każda z wymienionych osób lub instytucji ocenia według swojego klucza lub systemu wartości. Rodzi to obawy o jakość samej oceny i zagubienie w tym wszystkim pracy nauczyciela, która z punktu widzenia każdej instytucji i osoby powinna być najważniejsza.

Szkoła jest także bombardowana rankingami wyników osób dostających się na studia, dotyczącymi losów absolwentów, olimpijczyków, konkursami świadectw na wszelkich egzaminach wewnętrznych i zewnętrznych. Rodzi to frustrację i poczucie wyalienowania nauczycieli, szkoły, własnej pracy. Uczyć dla samych sukcesów, pozycji na liście, fanaberii dyrektora, własnej satysfakcji, nagrody pieniężnej czy też dla ucznia?

Ale szkoła też na swój sposób dokłada swoją cegiełkę do tego obrazu. Odgrywa na przykład niepoślednią rolę w selekcji uczniów. To się zaczyna już od najmłodszych klas, kiedy dokonuje się podział na grupy uczniów, którzy pójdą do różnych rodzajów szkół - od zawodówek i ochotniczych hufców pracy do prestiżowych liceów, a więc podział na elitę i “klasę robotniczą". A nie zawsze te podziały są adekwatne do poziomu wiedzy: uczeń, przyporządkowany do określonej grupy w jednej szkole, po przeprowadzce może zmienić nie tylko szkołę, ale i swój status, np. spaść z poziomu elity, predestynującej do kontynuowania nauki w liceum, do poziomu szkoły zawodowej lub odwrotnie: wydobyć się z dołów na szczyty. Jasne, że stwarza to okazje do powstawania atmosfery nacisków na szkołę przez różne grupy społeczne. A to są już zagrożenia czyhające na szkołę jako instytucję demokratyczną.

Wyniki spisu powszechnego w Polsce w 2002 roku wykazały, że spada u nas liczba urodzeń dzieci, społeczne zainteresowanie rozwojem rodziny jest niskie. Nie jesteśmy w tym osamotnieni. Tak jest w całej Europie, a jak doniosła prasa, w USA powstaje wręcz ruch… przeciwko dzieciom. Liczba rodzin nieposiadających potomka niedługo przekroczy tam liczbę rodzin z dziećmi. Są to świadome wybory, by nie obciążać się "balastem" w drodze do kariery. Pracownik bez dziecka jest bardziej przydatny dla firmy, rzadziej korzysta ze zwolnień, świadczeń socjalnych, pomocy, może dłużej pracować, a jego uwaga jest skoncentrowana na pracy, a nie na tym, co dziecko robi w domu, czy zjadło kaszkę, czy opiekunka dojechała na czas itd.

Skoro wszyscy pracownicy w firmie są równi, to dlaczego koleżanka z dzieckiem może wcześniej wyjść z pracy, a mnie z tego powodu obarcza się dodatkową pracą! Dlaczego urlopy są dostosowywane do pracowników z rodzinami, aby mogli wyjechać na wypoczynek w porze letniej, a dla mnie wakacje przewidziano dopiero we wrześniu lub październiku! Ruch ten tak przybrał na sile, że żąda się wprowadzenia stref bez dzieci, aby nie narażać na "męczarnie" przebywania razem z nimi tych, którzy potomstwa nie mają i denerwują ich krzyki i śmiechy dzieci.

Wszystko to razem jest sprzeczne z naczelną zasadą ewolucji: jak największa liczba jak najbardziej zróżnicowanego potomstwa, bo to zapewnia rozwój i nie pozwala zaginąć gatunkowi. Widocznie ewolucja poszła w złym kierunku albo coś złego dzieje się we współczesnym społeczeństwie.

Należy także brać pod uwagę, że wydłuża się czas, w którym rodzina decyduje się na dziecko. Najpierw studia, kariera w firmie i dopiero wtedy macierzyństwo. Jedno dziecko, bo na tyle tylko nas stać. Fakt, że nasze państwo nie rozpieszcza "dzieciatych", ale takie tendencje są również i w innych krajach. Nie dziwią już nikogo mamy rodzące w wieku około czterdziestki, luźne związki i rozpadające się małżeństwa. Jak stwierdził niedawno w telewizji jeden z lokalnych polityków, w szkołach w województwie dolnośląskim za dziesięć lat będzie uczyło się o 45% mniej dzieci. A mniej dzieci w szkole, to mniej pracy dla nauczycieli. Stąd zjawisko zamykania szkół, łączenia klas, rodziców pracujących do późnych godzin wieczornych i mniej zwracających uwagę na sprawy wychowawcze swoich dzieci, lub niepotrafiących ich dostrzec i odpowiednio temu zaradzić.

Ruch "Nie - dla dzieci" jest już widoczny w Polsce. Nie tak dawno rozmawiałem z osobą dojrzałą, niemającą potomstwa, która nie kryła, że nie cierpi "bachorów" i ich wrzasków. Dlatego urlopy spędza z partnerem najczęściej w kwietniu lub maju, ewentualnie we wrześniu, kiedy - jak to się wyraziła - "stonka" jest w szkołach. O możliwości zostania matką wyrażała się w duchu: “Po co mi dzieci! Nigdy nie wiadomo, co z tego wyrośnie, pochłaniają zbyt wiele czasu i pieniędzy; co chwilę trzeba im coś kupować. Szkoła to również wieloletni koszmar i ogrom kosztów. A jak spędzać wakacje"?

Oczywiście, że każdy obywatel może mieć swój pogląd na jakąś kwestię społeczną. Ale co się stanie, kiedy większość obywateli nie będzie chciała mieć dzieci i głosowała na partię szerzącą poglądy w rodzaju: żadnych ulg dla posiadających potomstwo, mniej szkół, więcej uczniów w klasie, bo to kosztuje bezdzietnego podatnika dużo pieniędzy. Jak będziemy dyskutować z takimi poglądami, jakich używać argumentów, aby przekonać do ogólniejszych racji? Te pytania już stoją przed nami.

To pytania i praktyka dnia codziennego. Bo czego można się spodziewać po instytucji, która ma za zadanie współpracę ze szkołą, ale nie ma odpowiednio przygotowanych do tej pracy pracowników! Najbardziej jaskrawym tego przykładem są kuratorzy sądowi. A może tylko moja szkoła ma takiego pecha, że podlega instytucji, mającej za nic wzajemne informowanie się i zasady dobrej współpracy.

Myślę, że przed pedagogiką stoją wielkie wyzwania; może nie czułaby się tak wyalienowana, gdyby jej przesłania mogły coś zmienić, gdyby przynajmniej zostały wysłuchane…


Krzysztof Zajdel

Wilkszyn




Listopad/Grudzień 2009
REKLAMA
FACEBOOK
KATEGORIE
NAJNOWSZE ARTYKUŁY

XVI Targi Edukacyjne w Poznaniu

Maciej Maciołek 12 Luty 2012, 00:00

(W)inna Szymborska

Katarzyna Zagajewska-Sycz 09 Luty 2012, 00:00

„Nowa” pomoc psychologiczno -pedagogiczna

Mariusz Wiśniewski 03 Luty 2012, 00:00

Comeback rózgi i klęczenia na grochu?

Aleksandra Rygiel 03 Luty 2012, 00:00

Dzieci w sieci – nowy cel ataków hakerów

Karolina Krzysik 03 Luty 2012, 00:00


OSTATNIE KOMENTARZE

Czy media społecznościowe służą wykluczonej młodzieży?

Dr. Tom Brown 09 Luty 2012, 21:39

MEN/ Nowe zasady oceniania pracy szkół i przedszkoli

LinarCubo LinarCubo 09 Luty 2012, 16:34

Czytanie i pisanie u dzieci słabo widzących – którędy omijać trudności?

LinarCubo LinarCubo 09 Luty 2012, 14:35

Konektywizm - Sieci, małe światy, luźne więzi

jeck steve 09 Luty 2012, 07:01

Dr kalkulator

imarion 08 Luty 2012, 18:24

FACEBOOK

Powrót do góry