Innowacja w oświacie
Einstein powiedział, że problemów nie da się rozwiązać na tym samym poziomie. Trzeba wejść „wyżej”, spojrzeć inaczej, zmienić paradygmat. W przeciwnym razie usprawniamy jedynie to, co nie działa, ułatwiając – w najlepszym wypadku – pracę. W najgorszym zaś – przyczyniając się do tego, że coś trwa – przedłużamy istnienie zjawiska, firmy, procederu, które zwyczajnie powinny upaść wykończone własną niemocą.
CZEGO DOTYCZĄ INNOWACJE W POLSKIEJ SZKOLE I DLACZEGO TAK JEST?
Najogólniej – wszystkiego, a to z trzech powodów: Po pierwsze: potrzeby są ogromne i leżą na różnych polach. Skoro tak, to musi istnieć wspólna wizja, przynajmniej założenia, według których będzie się działać. Na stronach Ministerstwa Edukacji Narodowej (www.men.gov.pl) widnieje slogan „Szkoła skuteczna, przyjazna, nowoczesna”. Trzeba jednak określić, co znaczy każde z tych słów, i to tak, by wszyscy jednakowo je rozumieli. Dotychczasowy efekt jest bowiem taki, że w zależności od siły i przekonań poszczególnych ministrów (zarządów, dyrektorów) dokonuje się zmian na różnych polach, przy czym nie wiadomo czemu mają one służyć. Szkoła nie staje się przez to ani bardziej przyjazna, ani skuteczna. Nowoczesna – tak – ale zwykle tylko w wymiarze zakupu sprzętu elektronicznego i oprogramowań, nie w zmianie sposobu myślenia czy nauczania. Nowoczesność słusznie łączy się z rozwiniętą technologią, ale to nie jedyne znaczenie tego słowa. Trzeba również zgodzić się na jakiś model nowoczesności, a potem na bieżąco dokonywać korekt. Szkoła powinna kształtować zmianę świata, a nie jedynie jej ulegać.
Po drugie: osoby poczuwające się do obowiązku modernizacji, nie mając wspólnej wizji stanu, do jakiego ma ona doprowadzić, korzystają ze wzorów zagranicznych, nie zawsze pasujących do naszej kultury, a do tego wdrażają je we fragmentach, nie udoskonalając. Tak było z reformą zainicjowaną przez Ministra Handke. Spowodowało to – nowy wprawdzie – chaos, nie zmieniający w niczym na lepsze sytuacji w oświacie. Taka zapożyczana niekompletna innowacja jest często groźniejsza niż jej brak. A skoro mówimy o innowacji – mogliśmy wtedy stworzyć szkołę od nowa, z wizją i misją, taką że inne państwa wzorowałyby się na nas. Dalej zresztą jest to możliwe.
Ostatnia prawdziwa reforma szkoły w Polsce to ta z czasów Komisji Edukacji Narodowej, gdzie wizja była jasno sprecyzowana, a podejmowane kroki służyły jej wdrażaniu. Wiadomo było do czego zmierza i wydaje się, że w dużym stopniu jej cel – ochrona narodowości Polski i wychowanie bardziej światłego, racjonalnego społeczeństwa – został osiągnięty. Do czego zmierzały reformy czasów Ministra Handke, a także dokąd idą te współczesne – pokaże przyszłość. Przyszłość może jednak pokazywać co wyszło z naszych założeń, ale nie może dopiero odsłaniać zamierzeń, którymi kierowano się przy podejmowaniu decyzji. Te muszą być znane i precyzyjnie ustalone.
Powód trzeci to fakt, iż zmiany finansowane są z różnych źródeł; różne są też naciski rozmaitych grup interesów, wśród których najsłabiej reprezentowani są rodzice i sama młodzież. Choć to oni, z racji różnorodnych doświadczeń i punktów odniesienia, niekrępowani węzłami myślenia własnej „instytucji” czy organizacji, mogą reprezentować najbardziej zdrowe spojrzenie. Pobudzeni do twórczego myślenia, mogliby być źródłem cennych informacji i dobrych rozwiązań.
Na edukacji odbija swój ślad zawsze ministerstwo – jego różne, nie zawsze współpracujące departamenty i osobowość ministra. Rozumienie innowacji według tej grupy ludzi to najwyraźniej wprowadzanie wciąż nowych zasad, bez należytych, poprzedzających je badań, przekonujących o słuszności zmian lub udowodniających, że poprzednie zasady się nie sprawdziły. Samorządy dokładają swoje rozumienie – likwidują szkoły, dzielą, łączą, na jedne pomysły pieniądze znajdują, na inne – nie. Dyrektorzy – ci też wnoszą wiele w kreację polskiej szkoły. Wystarczy przyjrzeć się szkołom: jedne są znakomicie zorganizowane, inne – wprost przeciwnie. Ośrodki doskonalenia nauczycieli prowadzą szkolenia pod kątem możliwości swoich kadr i… znajomych, którzy potrzebują pieniędzy. A „innowacyjni” twórcy programów – to dołożą, to ujmą pozycję lektury, albo tylko rozdział książki każą przeczytać, albo dojdą do wniosku, że przez dwadzieścia lat psychika całej populacji młodych ludzi rozwinęła się tak bardzo, że można uczyć ich zupełnie inaczej niż dotąd i najlepiej – od razu wszystkiego. Osoby tworzące programy i podręczniki z poszczególnych przedmiotów nie liczą się z dorobkiem psychologii rozwojowej i wychowawczej. Nie uwzględniają ani ograniczeń ludzi w określonym wieku, ani ich atutów. Nie rozwijają też samodzielnego poszukiwania, twórczego rozwiązywania problemów. Innowacją byłoby tu tworzenie zespołów złożonych z metodyków, nauczycieli praktyków, psychologów rozwojowych i dzieci w danym wieku.
Rozczłonkowana odpowiedzialność za wizję szkoły prowadzi do przekonania każdego nauczyciela, że jego przedmiot jest najważniejszy. Przynależność do określonych grup i identyfikowanie się z nią powoduje, że bronią swoich interesów i sprowadzają dyskusję nie tam gdzie trzeba, na przykład: „Czy nie zabierze się dzieciństwa wprowadzając wcześniejszy obowiązek szkolny?”. „Czy człowiek, który skończy edukację na poziomie gimnazjum i przez to nie pozna historii współczesnej, będzie pełnowartościowym człowiekiem?”. „Ile godzin języków obcych powinno być w danej klasie?”. „Czy należy wprowadzić przedmiot wychowanie seksualne?”. „Kto powinien uczyć religii i jaki powinien być jej ekwiwalent? A nawet „Za co kupić tablicę interaktywną?”. To nie są dobre pytania! Takie podejście nie niesie podwalin właściwej innowacyjności, ponieważ opiera się na starym, złym schemacie myślenia i fałszywych priorytetach.
Na to nakłada się jeszcze system dotacji unijnych i dofinansowania różnych projektów, które na chwilę zmieniają szkoły we wspaniałe miejsce do nauki dla uczniów, a potem powodują jeszcze większą frustrację, że codzienność jest tak siermiężna. Widywałam wspaniałe efekty różnych programów. Tyle że program trwający przez kilka miesięcy, to jeszcze nie innowacja.
Trudno to ocenić, głównie z powodu braku kryteriów i zbyt krótkiego czasu. Biorąc jednak pod uwagę poziom przygotowania do życia w społeczeństwie młodych ludzi, rozgoryczenie kadry nauczycielskiej oraz sfrustrowanie młodzieży, można powiedzieć, że tego dobrego jest za mało.
Wydaje się, że zamiast stawiać na działanie – tworzenie nowych pomysłów i wdrażanie tych najlepiej służących wizji – kolejne reformy oświaty jeszcze bardziej zbiurokratyzowały i „unieruchomiły” szkołę. Szkoła przygotowuje młodzież do pracy z komputerem, zwiększa szansę na naukę języka. Nauczyciele bardziej się interesują podnoszeniem kwalifikacji. Wykorzystuje się więcej pomocy, a nauka jest bardziej aktywna. Rodzice dostali więcej uprawnień. Dyrekcje szkół myślą w kategoriach ekonomicznych i konkurują na rynku oświaty. Szkoły wyglądają ładniej, są kolorowe i lepiej wyposażone. Jednak podejście do innowacji w zarządzaniu oświatą na pewno nie zmieniło ogólnego obrazu szkoły. Tutaj potrzeba raczej inwencji.
O POTRZEBIE INNOWACJI
Czy nacisk na kreatywność, inicjatywę i innowacyjność ma swoje silne umotywowanie we współczesnej rzeczywistości? Wiedza i intelekt napędzały postęp gospodarczy i społeczny od zawsze. To w końcu stare systemy oświaty doprowadziły do obecnego kształtu rzeczywistości. Doceniając, nie należy przeceniać roli innowacji w gospodarce i w ogóle w życiu. Polacy cieszą się na świecie opinią ludzi twórczych. Może zatem miniona rzeczywistość w edukacji nie była taka najgorsza, może dawała młodym ludziom większą przestrzeń do samodzielnego myślenia i poznawania świata, do eksperymentowania.
„Innovate or die” („stosuj innowacje albo giń”) to hasło bardzo przesadzone. Wszak dotąd rozwijano się bez mówienia o innowacji, a i dzisiaj wiele gospodarek nieźle sobie radzi w oparciu o imitacje. „Giną przecież nie ci, co nie potrafią myśleć i działać innowacyjnie, wprowadzając nowe sposoby produkcji i produkty, lecz ci, którzy nie potrafią konkurować. (..) Innowacjami powinni zajmować się ci, którzy to potrafią robić dobrze, a nie wszyscy” (Grzegorz Kołodko w „Wędrujący świat” str. 29–30 Prószyński i S–ka, Warszawa 2008). Konkurować można również w oparciu o stare dobre zasady działania.
Człowiek zawsze będzie tworzył, to jest w jego naturze. Rzecz w tym, by stworzyć system oświaty, który nie będzie w tym przeszkadzał. Nie wystarczą tu zmiany w samej oświacie. Stosowne działania powinny mieć miejsce w całym społeczeństwie. (Dlatego szkoląc biznes – matki, ojców i innych członków społeczeństwa, traktuje to również jako swój wkład w oświatę).
Chodzi o to, by zmienić sposób patrzenia na rzeczywistość, który to dyktuje nasze działanie. Nie myśleć – „mamy pokolenie Y i ono chce komputerów, technologii i pisma obrazkowego”, ale spojrzeć po nowemu na szkołę w ogóle, na jej organizację, nasycenie nauką, na czas, jaki młodzi ludzie muszą spędzać na lekcjach i nad lekcjami. Może nie musimy nauczać w ramach przedmiotów, ale projektami? Może ten sam uczeń może być na 10 poziomie wtajemniczenia w opanowywaniu języka i na 5 w matematyce? Może już u dwunastolatków warto zauważać specjalne predyspozycje i pomagać im w ich rozwijaniu? Może przyjąć do wiadomości, że współczesnej historii nie trzeba się uczyć w ramach przedmiotu, ale można ją poznawać codziennie w najrozmaitszy sposób? Może zamiast myśleć o współpracy z uniwersytetami, wykształcić znakomitych nauczycieli przypominających bardziej Alcybiadesa z książki Edwarda Niziurskiego niż doktora habilitowanego z uniwersytetu? Może należałoby dać nauczycielom więcej swobody w działaniu i wprowadzić inny sposób oceniania ich pracy i pracy szkół? Wprowadzić naukę uczenia i zajęcia z rozwoju osobistego? Zmienić rolę wizytatora – nie życzeniową, ale faktyczną? Może wreszcie dać młodym ludziom… spokój. Przestać im organizować każdą minutę ich życia i wierzyć, że często przewyższają nas zarówno inteligencją jak i chęcią rozwoju. To są prawdziwe innowacje na miarę potrzeb XXI wieku.
Innowacja to twórcza intencja wprowadzona w czyn. Wiele wspaniałych pomysłów połączonych nawet z pewną intencyjnością mającą na celu zrealizowanie owego pomysłu upada, ponieważ ludziom brakuje potrzebnych do tego cech charakteru; ludziom po obu stronach – zarówno tym, co mają pomysł jak i tym, co mają go przyjąć i pomóc wdrożyć.
Część pomysłów nigdy nie widzi światła dziennego, ponieważ ich „właściciele” mają zbyt niskie poczucie własnej wartości. Brakuje im wiary w siebie, by docenić pomysł i chcieć go przedstawić innym. Odczuwają zagrożenie, które nie pozwala na wdrożenie pomysłu innych. W procesie edukacji na każdym szczeblu trzeba zatem zadbać o budowanie poczucia własnej wartości. Istniejące już kadry, a także rodziców, trzeba trenować w tym zakresie. Brakuje proaktywności – odpowiedzialności za tworzenie i wprowadzanie w czyn pomysłów, zrozumienia, że ważne jest dopracowanie szczegółów jego realizacji oraz przyjęcie konsekwencji z tym związanych. Tutaj również należałoby stworzyć program, który w toku edukacji szkolnej pomagałby w rozwinięciu tej cechy. Wreszcie często ośmieszane pozytywne myślenie – wiara w istnienie zasobów niezbędnych do zrealizowania różnych pomysłów, czy szansa na wprowadzenie określonej innowacji. To także jest słabo obecne w naszych kręgach oświatowych. Jeśli nauczyciele nie myślą pozytywnie (ministrowie również rzadko), to i dzieci nie będą przejmować tej cennej cechy.
Nadmierny „realizm” wykończył nie jeden znakomity pomysł, zniszczył wiele dobrych myśli i ostudził zapał licznych innowatorów. Dlatego pozytywne myślenie powinno stać się bardziej obecne nie tylko w szkołach, ale w wypowiedziach publicznych, w budowaniu strategii i tworzeniu planów. Te wszystkie elementy należy włączyć do systemu oświaty – począwszy od tworzenia programów i budowania zasad pracy, poprzez każdy szczebel działań w szkole. Połączone z inwencją w zakresie samej organizacji szkoły stworzą prawdziwe podstawy zarówno do twórczego myślenia jak i do wcielania jego produktów w codzienne życie… nie tylko szkoły.
Iwona Majewska-Opiełka
XVI Targi Edukacyjne w Poznaniu
Maciej Maciołek 12 Luty 2012, 00:00
Katarzyna Zagajewska-Sycz 09 Luty 2012, 00:00
„Nowa” pomoc psychologiczno -pedagogiczna
Mariusz Wiśniewski 03 Luty 2012, 00:00
Comeback rózgi i klęczenia na grochu?
Aleksandra Rygiel 03 Luty 2012, 00:00
Dzieci w sieci – nowy cel ataków hakerów
Karolina Krzysik 03 Luty 2012, 00:00
Czy media społecznościowe służą wykluczonej młodzieży?
Dr. Tom Brown 09 Luty 2012, 21:39
MEN/ Nowe zasady oceniania pracy szkół i przedszkoli
LinarCubo LinarCubo 09 Luty 2012, 16:34
Czytanie i pisanie u dzieci słabo widzących – którędy omijać trudności?
LinarCubo LinarCubo 09 Luty 2012, 14:35
Konektywizm - Sieci, małe światy, luźne więzi
jeck steve 09 Luty 2012, 07:01
imarion 08 Luty 2012, 18:24