Razem do wartości

Coraz częściej zastanawiam się ostatnio, skąd biorą się takie duże różnice w oglądzie sytuacji? Mam wrażenie, że ludzie ograniczają się często do działania na jakimś polu bez głębokich przemyśleń, a czasami nawet bez zastanowienia.


Robi się coś w takiej czy innej dziedzinie tak, jakby tylko ona istniała i jakby oderwano ją od całego kontekstu sytuacyjnego. Przecież decyzje podejmują ludzie wykształceni, obyci w świecie, myślący i mający dostęp do niezliczonej liczby źródeł, które mogą im ułatwiać ich słuszność. Dlaczego zatem tak często są one oceniane jako niewłaściwe, zarówno przeze mnie jak i innych analizujących je ludzi?

Stephen R. Covey w „7 nawykach skutecznego działania”, zawarł koncepcję kierowania własnym życiem i działaniem. Podaje kilka praw rzeczywistości, które niczym prawa w fizyce powinny być dla nas wskazówką - jeśli nie wykładnią - w działaniu. Podpowiada co można zrobić, jakie nawyki należy w sobie i tych, za których odpowiadamy kształtować, by nasz świat był dobrym miejscem do życia i zrównoważonego rozwoju? Jedną ze sztandarowych zasad jest w niej rada: „Zaczynaj z wizją końca”. Należy przemyśleć i stworzyć - najpierw w głowie, a potem dać temu jakiś wymiar fizyczny - nie tyle szkic, ile wręcz projekt całego przedsięwzięcia, które w zgodzie z nim będzie realizowane. Jeśli jest to sprawa jednej osoby, ma ona prawo podejmowania decyzji, trudu działania i ryzyka. Ale jeśli sprawa dotyczy wielu ludzi, setek, milionów, wręcz narodu, czy nie powinno być tutaj szerszej dyskusji, większej rozwagi i wizji, która przetrwa kolejnych ministrów, premierów i prezydentów?

Taką sprawą, największej chyba wagi jest wizja oświaty

Koncepcja Coveya jest bardzo popularna na świecie. W Polsce również zna ją tysiące menedżerów i innych liderów życia społecznego. Każdy, kto się z nią spotyka, nie może jej odmówić słuszności. Więcej, zdrowy rozsądek, dzielone przez ogół poczucie (angielskie słowo common sense oddaje to lepiej) podpowiada nam, że jest to najlepszy sposób na urzeczywistnienie powszechnej szczęśliwości na ziemi. Dlaczego zatem mimo wielkiej popularności tej teorii i innych jej podobnych, nie tylko wciąż nie mamy Arkadii, ale pojawiają się co chwila problemy niezwykle komplikujące życie? Wyzwanie tkwi w tym, że koncepcja Coveya, podobnie jak moja, Petera Druckera czy Adama Smitha (tak, tak, jego również) oparta jest na wartościach. Jeśli nawet nie mówią one o nich wprost, to zakładają ich istnienie w życiu każdego człowieka i  to również, że część z nich jest wspólna wszystkim ludziom. Covey dla odróżnienia tych uniwersalnych wartości, od wartości zwykłych nazywa je pryncypiami (principle). Co można zaliczyć do tak pojmowanych wartości? Uczciwość, spójność wewnętrzną, prawdę, miłość, miłosierdzie, szacunek dla innych, sprawiedliwość, rzetelność, solidność, odpowiedzialność, solidarność, i tak dalej. Pryncypia działają jak prawa fizyczne – jeśli złamiesz się przeciwko nim, one i tak się nie złamią, a ty wcześniej czy później stwierdzisz to w swoim życiu. Ktoś, kto postępuje w zgodzie z nimi, osiąga harmonię wewnętrzną, szczęście i podyktowany potrzebami dobrobyt. Ktoś, kto je lekceważy, w rozmaity sposób przekonuje się o nieskuteczności swoich działań – cierpi, a cierpienia te są tak różne, jak różni są ludzie. Ponawiam zatem pytanie: dlaczego ludzie tak rzadko kierują się w życiu tymi prawami, ulegając pokusie pozornie łatwiejszego życia podporządkowanego indywidualnym, najczęściej materialnym wartościom?

Moja odpowiedź brzmi: ponieważ tak zostają ukształtowani przez rodzinę, szkołę i szeroko pojęte środowisko. Tylko ci, co mieli wyjątkowe szczęście spotykać na swojej drodze ludzi kierujących się w życiu pryncypiami, albo ci, co w oparciu o nie podjęli autokreację, dziś myślą i postępują inaczej. Nie sądzę, aby było ich sporo wśród polityków i innych decydentów.

Ludzie kształtują się w domu rodzinnym, w szkole i… w każdym innym miejscu. Młodzież wychowują media, widoczne wszędzie reklamy, politycy, inni młodzi ludzie, mury miasta… Dlatego odpowiedzialność za edukację powinien wziąć każdy człowiek, szczególnie zaś… ludzie kierujący się w życiu pryncypiami. Każdy z nas powinien zastanowić się w duchu, czego uczy swoimi słowami i czynami młodych ludzi. Demokratyczne państwo świeckie nie jest w stanie zapewnić właściwych postaw rodzicielskich ni obywatelskich, powinno zatem w większym stopniu skupić się na zapewnieniu ich w szkole. To - mocą prawa - może zrobić każde państwo. Wielokrotnie pisałam też, że klientem szkoły, edukacji zatem, jest naród. Te dwie przesłanki (proszę mnie poprawić, jeśli nie są one prawdziwe) prowadzą do wniosku: szkoła musi wychowywać. Najwyższy czas skończyć dyskusję na ten temat i wziąć się do prawdziwego reformowania szkoły.

Szkoła dostarcza podstaw wiedzy, którą chcielibyśmy obdarować każdego członka społeczeństwa, ma zapewnić ciągłość cywilizacyjną, kulturową i tożsamościową i przygotować młodych ludzi do aktywnego i dającego poczucie spełnienia życia w społeczeństwie danego państwa i świata.  

Roger Scruton w „Przewodniku po kulturze nowoczesnej dla inteligentnych” pisze:
„Wiedza dzieli się na trzy różne kategorie: wiedzę że, wiedzę o tym, jak oraz wiedzę o tym, co. (…) Pierwszym rodzajem wiedzy jest informacja, której usystematyzowaną postacią jest nauka);drugą jest umiejętność; trzecią zaś cnota. W porządku odwrotnym odpowiadają one trzem częściom składowym racjonalnego życia człowieka: celom, środkom oraz faktom. (…) Człowiek cnotliwy „wie, co czuć”, a to oznacza, aby czuć to, czego wymaga dana sytuacja: właściwe uczucie wobec właściwego przedmiotu, przy właściwej okazji i we właściwym stopniu. Celem edukacji moralnej jest właśnie nauka tego, jak kształtować emocje.” (Roger Scruton Przewodnik po kulturze nowoczesnej dla inteligentnych, Wydawnictwo Thesaurus, Łódź -Wrocław)

Jeśli przyjmiemy te stwierdzenia za słuszne, czego znowu domaga się zdrowy rozsądek, to okaże się, że szkoła polska (w większości wypadków podobnie jest na świecie) uczy jedynie „że”. Nawet wiedza „jak” potraktowana jest po macoszemu. Można zatem powiedzieć, że szkoła nie spełnia swojej roli.

Nie należę do osób, które uważają, że akurat tę wiedzę w ogóle można sobie odpuścić, które sądzą, że raczej należy uczyć młodych ludzi, jak mają szukać potrzebnych im informacji i jak się uczyć. Stoję na stanowisku, że szkoła powinna dostarczyć niezbędne kompendium wiedzy zdobytej przez naszą cywilizację po to, by odciążyć młodzież od samodzielnego jej poszukiwania. Wiedza pochodząca z nauki powinna być absolutnie podstawowa i jednocześnie taka, by umożliwiać dalszy rozwój i samodzielne poszukiwania w zakresie różnych dziedzin. Tym samym szkoła da uczniom więcej czasu i możliwości na zgłębianie dwóch pozostałych kategorii wiedzy, wspierając ten wysiłek znakomicie do tego przygotowanymi nauczycielami. Tych nauczycieli trzeba starannie wybierać i uczyć w specjalnie do tego przygotowanych placówkach. Nie potrzebujemy nauczycieli znakomicie wykształconych w poszczególnych przedmiotach, ale świetnie przygotowanych do przekazania uczniom owego minimum, wspólnego z nimi rozwoju i poszukiwania oraz do wychowywania ich w duchu cnót tak bardzo dziś potrzebnych. Potrzebujemy zmiany systemu kształcenia kadr pedagogicznych. Spowoduje to automatycznie wyższą rangę zawodu nauczyciela i jego większy autorytet. Będzie on znowu mistrzem odpowiedzialnym za sposób prowadzenia lekcji i kunszt pedagogiczny, a nie wyrobnikiem pracującym według wzorów licznych dydaktyków i metodyków. Odzyskane poczucie własnej wartości, wpłynie znacznie na liderską postawę nauczycieli. A pieniądze oszczędzone w ten sposób na licznych etatach i podręcznikach, znacznie podniosą nauczycielskie pensje.

Przyznajmy się do błędu jaki popełniono, tworząc system szkolny 6-3-3, wróćmy do dawnego, znakomitego modelu 8-3-2 lub 8-4, co najwyżej zaczynając naukę w szkole o rok wcześniej. Jeśli wrócimy w szkole do normalności, przenosząc ją jedynie na wyższy poziom, będzie można spokojnie otworzyć ją dla sześciolatków. Przywróćmy istnienie zasadniczych szkół zawodowych i stwórzmy realną szansę rozwoju zawodowego. Zadbajmy też o wychowywanie inteligentów. Nie przygotowujmy młodzieży do matury i studiów, ale - do życia – dajmy im szansę na kontakt z wiedzą ogólną, której nie zdobywa się na jednym wydziale. Taką rolę w tym modelu szkoły mogłoby znowu pełnić liceum.

Religia jest niezaprzeczalną częścią każdej kultury i jako taka musi mieć w nauce szkolnej poczesne miejsce – nauce języka, wiedzy o sztuce, historii, filozofii czy religioznawstwie, jednak katechizacja w szkole jest w dzisiejszych czasach nieporozumieniem. Pozbawia samą religie najistotniejszego w niej pierwiastka sacrum, tajemnicy jaką niesie, stawia ją na równi z nielubianymi przedmiotami i zwalnia leniwych rodziców z resztek odpowiedzialności za wiarę swoich dzieci. Przenosząc obowiązek doprowadzenia dziecka do komunii, zabiera im tak istotną rolę modelową. A szkołę stawia często w kłopotliwych sytuacjach, kiedy to mogą rodzić się sprzeczności. Można się też zastanawiać, czy niektóre szkoły nie oddają wyłącznie w ręce katechetów odpowiedzialności za rozwój moralny młodzieży. Wyprowadzając ją ze szkoły zyskuje się też dodatkowe godziny do mądrego wykorzystania.

System, w jakim działa polska (i nie tylko) szkoła – podział na przedmioty, stopnie, sposób promowania do następnej klasy to relikt, pozostałość po minionych epokach. Postęp w szkole powinien przejawiać się nie tyle w przeładowaniu materiałem dydaktycznym, komputeryzacji i wszechobecnej względności, ale w nowych strukturach dostosowanych do dzisiejszych czasów i innym systemie przekazywania materiału. Jeśli mielibyśmy oczekiwać tu konserwatyzmu, to w wymiarze obecności wartości i tradycyjnej roli pomiędzy uczniem a nauczycielem czy dorosłym a dzieckiem. Pojęcie klasy, oceny, promocji należałoby dostosować do współczesnych warunków i przybliżyć kształtem do tego, co czeka młodych ludzi w gospodarce. Tradycyjna w treści, nowoczesna w formie – taka szkoła mogłaby stać się znakomitym pomostem między dzieciństwem a dorosłością, miedzy każdym domostwem a społeczeństwem. Pomostem miedzy pokoleniami i kulturami. Taki model szkoły na pewno w znacznym stopniu przyczyniłby się do lepszego funkcjonowania naszej gospodarki, polityki a nawet rodziny.

W dniach 20 i 21 kwietnia brałam udział w XVI Forum Gospodarczym w Toruniu. Spotkanie to zgromadziło kilkaset osób, z czego kilkadziesiąt zabierało głos w trzech sesjach plenarnych i przy „stołach branżowych”. Pojechałam po to, by w czasie obrad grupy skupionej wokół problemów społeczno-politycznych pod hasłem „Wyzwania polskiego konserwatyzmu” odnieść się do edukacji. Liczyłam na dyskusję, na doniosłe wnioski i dalszą współpracę w tej materii z innymi zainteresowanymi tym tematem osobami.

Sesje plenarne dostarczyły kolejnych informacji o potrzebie wpajania młodzieży pryncypiów, którymi będą się kierować potem w życiu. W zasadzie każda z wypowiadających się osób odnosiła się mniej lub bardziej świadomie do ich braków i powodowanych tym problemów. Jeden z mówców mówił o brudnych toaletach w pociągach i o tym, że tego nie załatwi się żadnym rozporządzeniem rządu. Ktoś inny ciesząc się z wysokiego poziomu wykształcenia i dobrego przygotowania merytorycznego naszej młodzieży, stwierdzał jednocześnie, że jest ona gorsza w pracach organizacyjnych i nie potrafi tak dobrze współpracować i współdziałać. Burmistrz jednego z miast z rozrzewnieniem wspominał osiągnięcia międzywojnia i tamtejszą młodzież – ich wartości. A poseł ubolewał, że zachowujemy się jakbyśmy wciąż byli na jakimś głodzie, że upajamy się wolnością (także słowa), a nie chcemy przejąć złączonej z nią odpowiedzialności. Kilka osób nawiązywało do braku wzajemnego zaufania. Chciałam się do tego odwołać, mówiąc o roli edukacji. Niestety, nasza sesja się nie odbyła. Powody oficjalne – organizacyjne. Faktyczne? Takie, że tak naprawdę uważa się to za małoistotne. Mało kto rozumie, że tego rodzaju sesje również w spotkaniach gospodarczych, powinny być najważniejsze. Gospodarka nie da sobie rady bez właściwego wsparcia edukacji. I odwrotnie.

Kiedy to zrozumiemy, i zaczniemy działać wszyscy w ramach jednej, spójnej wizji?

W TVN 24 oglądałam rozmowę kilku ludzi biznesu i ekonomii. Ryszard Petru, ekonomista banku BPH, Andrzej Blikle - prezes znanej firmy rodzinnej, Ryszard Bugaj - ekonomista i polityk oraz Jeremi Mordasewicz z Polskiej Organizacji Pracodawców Lewiatan rozmawiali o przyczynach kryzysu. Jedynie profesor Blikle mówił o upadku wartości i braku morale. Bugaj wręcz to strywializował, mówiąc, iż woli trzymać się przyczyn ekonomicznych, a inni nawet się do tego nie odnieśli. A przecież tu właśnie leży przyczyna wszelkich kryzysów! Żadne zjazdy, pakty i układy jej nie zniwelują, jeśli wszyscy tego nie zrozumiemy i nie przejmiemy odpowiedzialności za życie w zgodzie z pryncypiami i takież kształcenie młodzieży. Może czas, by wszyscy, którzy tak myślą podali sobie ręce i zaczęli wreszcie robić coś w tym kierunku? Razem.

Iwona Majewska-Opiełka



Listopad/Grudzień 2009 - FELIETON
REKLAMA
FACEBOOK
KATEGORIE
NAJNOWSZE ARTYKUŁY

XVI Targi Edukacyjne w Poznaniu

Maciej Maciołek 12 Luty 2012, 00:00

(W)inna Szymborska

Katarzyna Zagajewska-Sycz 09 Luty 2012, 00:00

„Nowa” pomoc psychologiczno -pedagogiczna

Mariusz Wiśniewski 03 Luty 2012, 00:00

Comeback rózgi i klęczenia na grochu?

Aleksandra Rygiel 03 Luty 2012, 00:00

Dzieci w sieci – nowy cel ataków hakerów

Karolina Krzysik 03 Luty 2012, 00:00


OSTATNIE KOMENTARZE

Czy media społecznościowe służą wykluczonej młodzieży?

Dr. Tom Brown 09 Luty 2012, 21:39

MEN/ Nowe zasady oceniania pracy szkół i przedszkoli

LinarCubo LinarCubo 09 Luty 2012, 16:34

Czytanie i pisanie u dzieci słabo widzących – którędy omijać trudności?

LinarCubo LinarCubo 09 Luty 2012, 14:35

Konektywizm - Sieci, małe światy, luźne więzi

jeck steve 09 Luty 2012, 07:01

Dr kalkulator

imarion 08 Luty 2012, 18:24

FACEBOOK

Powrót do góry