Marzec 2009 - NASZE SPRAWY
Pobierz całe pismo
Feminizacja zawodu nauczyciela - część druga
Feminizacja zawodu nauczyciela - część druga
Jeżeli sfeminizowany dom uzupełniany jest sfeminizowanym przedszkolem i szkołą, wspierany przez sfeminizowaną pomoc w postaci opiekunek, szanse takich dzieci na szczęśliwe i prawidłowe dzieciństwo maleją. I to nie tylko wczesne dzieciństwo. Również przy dorastaniu, co widoczne jest w badaniach, jasne normy, stawianie granic i zasadniczość ojca mają pozytywny wpływ.
Feminizacja rodziców
Spoglądając na szkolną rzeczywistość, jeszcze jedna kwestia odgrywa znaczenie kiedy mówimy o sfeminizowaniu szkoły. Jeżeli chodzi o dorosłych, oprócz nauczycieli również rodzice są grupą biorącą, mniej lub bardziej czynny udział w życiu szkoły. Mają wpływ na działania podejmowane przez grono nauczycieli (Rada Rodziców), wysyłają tam i pilnują w obowiązkach szkolnych swoje dzieci, odwiedzają szkołę podczas spotkań z rodzicami czy tzw. konsultacji, odprowadzają swoich nieporadnych jeszcze małych podopiecznych. Słowem, są jednym z ogniw dzisiejszej szkoły. I tu znów mamy do czynienia z niedoborem mężczyzn. Już w domu niektórych uczniów funkcjonuje zasada, że to kobieta odpowiada za sprawy związane z wychowaniem dzieci. W innych domach mężczyźni, jako nadmiernie pracujący nie mają czasu na takie „głupstwa”, jak szkoła dziecka – mają swoje problemy.
Niektórzy świadomi, odpowiedzialni ojcowie zostają z dziećmi, podczas gdy ich żony udają się na spotkanie z nauczycielami. W jeszcze innych przypadkach kobieta w ogóle sama wychowuje dziecko czy dzieci, jak i dba o całe gospodarstwo domowe, a ojciec jest nieobecny nie tylko w szkole dziecka, ale w ogóle w jego życiu. W efekcie w szkole brak jest mężczyzn – i to zarówno za przysłowiowym „biurkiem” nauczyciela, jak i po stronie rodziców. Żeby nie być gołosłowną, próbowałam zaobserwować szczegóły tej sytuacji. W tym celu odniosę się do liczb. W dziewięciu interesujących mnie spotkaniach rodziców wzięło w sumie udział 199 osób. Jak można się domyślić nikły procent z tego stanowili mężczyźni – ojcowie w zdecydowanej większości, ale też dziadkowie i bracia uczniów. W spotkaniach tych wzięło udział 37 mężczyzn, co stanowi niecałe 19% (dokładnie 18,59%). W radach rodziców (reprezentacja rodziców całej szkoły) ojcowie uczestniczą jeszcze mniej chętnie.
Żeby nakreślić ich, mężczyzn-rodziców sytuację wśród przeważającej liczby kobiet-rodziców, trzeba byłoby powtórzyć informacje o sytuacji mężczyzn-nauczycieli wśród kobiet-nauczycielek. Z tą może różnicą, że nie tylko równorzędni im inni rodzice w większości są kobietami, ale i gospodarze tych spotkań, to w przeważającej mierze przedstawiciele płci żeńskiej. Może na spotkanie prowadzone po męsku i przez mężczyznę ojcowie przychodziliby chętniej i częściej.
Feminizacja opieki i wychowania
Chciałoby się słowami piosenki zapytać: „Gdzie ci mężczyźni?…” Otoczenie wokół dzieci jest rzeczywistością typowo kobiecą. W czasach, gdy rodziny były wielopokoleniowe, pracowały wspólnie prowadząc gospodarstwa rolne czy warsztaty rzemieślnicze, sytuacja wyglądała inaczej. Dziś, w dobie zagrożenia, gdy zdobywanie pieniędzy przeważnie wiąże się z opuszczaniem domu, a zajęciu temu w większej mierze poświęcają się mężczyźni niż kobiety, dzieci - mężczyźni zniknęli z domów. Szczególnie, że praca zawodowa paradoksalnie, mimo rosnącego bezrobocia i technicyzacji życia, wymaga w naszej polskiej rzeczywistości coraz większej ilości godzin dziennie.
W. Eichelberger zjawisko to opisał jeszcze dosadniej i bezpardonowo w książce „Zdradzony przez ojca”. Pokrótce rzecz ujmując nakreślił obraz wielu dzisiejszych rodzin, w których to chłopiec zupełnie lub tylko częściowo zostaje „porzucony” przez ojca, na rzecz wychowania przez kobiety – matkę, babcię, ciotki. W skrajnych przypadkach ojciec jeszcze przed urodzeniem, zaraz po, lub nieco później zostawia rodzinę, przeważnie z powodu końca małżeńskiego szczęścia, końca miłości do kobiety, z którą „zakładał dom”, z braku satysfakcji z życia małżeńskiego. Jak donoszą pedagodzy społeczni, funkcja socjalizacyjno-wychowawcza rodziny uległa redukcji, podczas gdy zyskała na znaczeniu satysfakcja z życia małżeńskiego. „Jeśli miłość wygaśnie, pewna część współmałżonków czuje się upoważniona do ponownego poszukiwania szczęścia w następnych związkach, dobro dzieci uznając za rzecz drugorzędną”. W mniej skrajnych przypadkach ojciec nie porzuca realnie rodziny, ale emocjonalnie lub fizycznie nie bierze udziału w wychowaniu dzieci. Pozostawia te sprawy kobietom, jako tym, które robiły to od pokoleń i znają się na tym najlepiej. Jak określił to ojciec Aladyna, król złodziei, w disnejowskiej bajce: „Łatwiej być hersztem bandy niż ojcem”. Dziś jest to szczególnie aktualne stwierdzenie.
Dziecko, które jest już na tyle duże, by jego dalsze wychowanie i edukacja przebiegały częściowo w warunkach instytucjonalnych, wychowywane w dużej mierze przez kobiety – matka, opiekunka, w dalszym ciągu nie napotyka na potencjalnych mężczyzn.
W przedszkolach i klasach młodszych szkół pojawiają się oni sporadycznie, w najlepszym razie prowadząc dodatkowe zajęcia, co jednak zależy od przypadku i polityki dyrekcji placówki (włączanie mężczyzn lub nie w pracę z dziećmi). Starsze klasy szkoły podstawowej, gimnazja, licea, mają się nieco lepiej pod tym względem, choć nie całkiem dobrze.
Sprawa nie wygląda również dobrze jeżeli chodzi o zajęcia dodatkowe w szkole i poza nią. Choć dzieci, decydujące się na uprawianie sportów w czasie wolnym, mają większe szanse napotkać nauczycieli-mężczyzn (trenerów).
Różnice między uczennicami a uczniami, nauczycielkami a nauczycielami
O czym w ogóle jest mowa? – może ktoś zapytać. Po co roztrząsać sprawy tak małej wagi, jak to, kto uczy nasze dzieci? Przecież nie płeć, wygląd czy dyplomy są istotne, ale to jak kto naucza, jakie ma podejście do dzieci, jakim jest człowiekiem. To zresztą również zostało potwierdzone przez samych nauczycieli biorących udział w badaniach dotyczących ich autorytetu, jako nauczycieli właśnie. Jako czynnik najistotniejszy w posiadaniu autorytetu nauczyciele wskazali cechy osobowe (stwierdziło tak 38% badanych). Ja jednak pokuszę się o wykazanie najistotniejszych różnic, jakie mogą mieć miejsce w postrzeganiu, funkcjonowaniu, sposobie komunikacji pomiędzy mężczyznami a kobietami. Zdaniem D. Werschlera „mężczyźni nie tylko zachowują się, ale i myślą inaczej niż kobiety”.
Najistotniejsze różnice to:
- mężczyźni górują nad kobietami pod względem wyobraźni przestrzennej (matematyka, mapy), koordynacji wzrokowo-ruchowej (niezbędna w grach w piłkę),
- myślenia strategicznego (m.in. szachy), wyczucia perspektywy, rozróżniania słonych smaków,
- kobiety prześcigają panów w: sprawności werbalnej, przystosowaniu do otrzymywania większej ilości informacji zmysłowych (wykonywanie wielu czynności na raz), większej wrażliwości zmysłowej (większa wrażliwość na dźwięk, szersze pole widzenia, widzenie o zmroku, szybsza, dotkliwsza reakcja na ból, większa wytrzymałość, wrażliwość na smaki, zwłaszcza gorzkie i słodkie, zapachy), lepszym wychwytywaniu sygnałów społecznych („kobieta słyszy prawdopodobnie więcej, niż mężczyzna w swoim przekonaniu mówi”).
Podsumowując mężczyźni są bardziej zorientowani na świat przedmiotów, kobiety - na ludzi. W efekcie tych różnic kobiety widzą, słyszą i odczuwają więcej niż mężczyźni (mają bardziej wrażliwe zmysły różnego rodzaju), co utrudnia im podjęcie w szybkim czasie ważnej decyzji, gdyż widzi więcej aspektów sprawy; męski sposób postrzegania dostarcza im (mężczyznom) mniej informacji do dalszego działania, w efekcie jest to działanie nierozproszone bardziej konkretne.
Różnice te, przypomnę, spowodowane budową mózgu u kobiet i mężczyzn wzmacniane jeszcze zapewne przez postawy społeczne spotykanych w dzieciństwie ludzi, powodują inne zachowania u niemowląt już niemal od urodzenia, a we wczesnym dzieciństwie jest to szczególnie widoczne (rodzaj preferowanych zabawek, sposoby zabaw, rozwiązywania konfliktów ze kolegami). Dziewczynki szybciej uczą się mówić, czytać łatwiej jest im „stawiać” pierwsze litery. Chłopcy braki te nadrabiają wyższością pod względem zdolności przestrzennych, co daje o sobie znać w starszych klasach, zwłaszcza na lekcji matematyki. Dziewczynki lepiej słyszą, chłopcy widzą i kojarzą.
W efekcie we wczesnych latach szkolnych rzeczywistość szkolna zwraca się przeciwko chłopcom. Jest to niemalże zmowa „przeciwko uzdolnieniom i skłonnościom chłopca w wieku szkolnym”. Pisanie i czytanie przysparza chłopcom sporo trudności, o czym świadczy cztery razy większa liczba chłopców uznanych za mających trudności lub podejrzanych o dysleksję. Ponad 95% dzieci nadaktywnych to chłopcy. Początki szkoły to spokojne siedzenie w ławce, słuchanie, skupianie się – chłopcy wolą działać, poznawać aktywnie świat. Zdaniem niektórych to dyskryminacja chłopców. Z kolei nierozwijane umiejętności wizualno-przestrzenne u dziewcząt z czasem ustępują dobrze funkcjonującym umiejętnościom u chłopców, i w późniejszych latach szkolnych to dziewczynki są pokrzywdzone przez sposób nauczania.
Należy do tego dodać, że w młodszych latach szkolnych to właśnie panie głównie wdrażają dzieci w podstawowe umiejętności pisania i czytania, nie rozumiejąc być może trudności chłopców w tym zakresie.
Inna różnica między kobietami a mężczyznami, jaką chcę przytoczyć, być może też nie pozostaje bez wpływu na sposób funkcjonowania nauczycieli, a w efekcie i uczniów. Posłużę się tu obserwacjami matek i ojców w rodzinach. Zauważono, że matki prowokują do działań, w których partnerzy znajdują się twarzą w twarz, stymulują zachowania werbalne i działania wymagające koncentracji uwagi. Ponadto matki uspokajają, tulą zwłaszcza małe dzieci. Ojcowie preferują gry ruchowe, pobudzają dzieci do niezależności i zachęcają do samodzielnego działania. Bardziej coś z dzieckiem robią niż są. Obrazowo można to przedstawić na przykładzie dziecka uczącego się jeździć na nartach. Mama będzie szła, lub biegła obok, instruując dziecko, trzymając za rękę, asekurując i ubezpieczając je. Tata pchnie dziecko z górki i pozwoli mu spróbować samodzielności. W rodzinie najbardziej korzystna jest sytuacja, kiedy oba te rodzaje zachowań rodziców mogą się uzupełniać. Dla dziecka jest to najbardziej optymalny układ. Czy nie ma to przełożenia na sytuację szkolną? Jeżeli tak, to wnioski nasuwają się same.
Socjalizacja i rozwój bez mężczyzn
W. Eichelberger napisał: „Coraz częstsza nieobecność ojców w rodzinach to fakt dokonany, przed którym matki są stawiane i muszą sobie jakoś z tym radzić. Z pewnością radzą sobie najlepiej jak mogą. Należy im się hołd i wdzięczność…” Nie tylko matki sobie radzą, ale w ogóle kobiety, jak zostało tu wykazane, muszą sobie „jakoś” z tym radzić. Myślę, że nie będzie nadużyciem przytoczenie tu skutków socjalizacji przebiegającej bez udziału ojca w rodzinie i odniesienie ich częściowo do sytuacji szkolnej. Zwłaszcza, że jak zostało wspomniane wcześniej, z powodu braku, fizycznego, bądź emocjonalnego, ojca w rodzinie, obecność lub nie, mężczyzny w przedszkolu, szkole, może w pewnym stopniu być przedłużeniem sytuacji domowej.
U dzieci wychowywanych bez ojców zauważa się zatem:
- niższy iloraz inteligencji, niż u rówieśników z pełnych rodzin,
- niską samoocenę,
- mniejsze osiągnięcia szkolne zwłaszcza chłopców,
- zaburzenia zachowania,
- podwyższoną agresywność u chłopców,
- większą częstość czynów przestępczych u chłopców,
- podwyższoną częstość zaburzeń psychiatrycznych u chłopców,
- opóźnienia i zaburzenia identyfikacji płciowej chłopców w kierunku feminizacji, bądź nadmierne podkreślanie przynależności do płci męskiej w celu skompensowania trudności w identyfikacji,
- odchylenia w kontaktach heteroseksualnych dziewcząt (zbyt wczesne zainteresowanie mężczyznami – brak ojca w wyniku rozwodu, lub zahamowanie i oschłość – śmierć ojca).
W. Eichelberger dodaje do tych skutków również trudności z przyjęciem roli mężczyzny, odejściem w przyszłości od matki, relacjach z kobietami, czy byciem ojcem dla własnego syna.
Wprawdzie większość negatywnych skutków odnosi się do chłopców, jednak dziewczynki, podobnie jak chłopcy tracą na nieobecności ojca. Mimo że zewnętrznie mniej domagają się jego obecności, wewnętrznie może jeszcze bardziej tego potrzebują. Niewątpliwie odbija się to na ich postrzeganiu roli mężczyzny.
Trzeba też odnieść się do kwestii relacji mężczyzna - kobieta, czy matka – ojciec. W sytuacji, gdy dziecko obcuje z obojgiem rodziców ma ono możliwość obserwowania, jak w relacji do kobiet funkcjonują mężczyźni i odwrotnie. W sytuacji zdecydowanej przewagi kontaktów z jedną z płci, lub wyłączności takich relacji, ta istotna szansa znika.
Zakończenie
Przenosząc te informacje na grunt szkolny, można stwierdzić, że obecność mężczyzn w szkołach jest przede wszystkim możliwością uzupełnienia występującej dość powszechnie luki – braku mężczyzn w życiu dzieci. Jest to szansa zminimalizowania strat. Potrzeba posiadania w swoim przeżyciu przedstawicieli obojga płci jest u dzieci bardzo duża. U chłopców w wieku 4-6 lat powoduje ona np. marzenia senne z tatą w roli głównej i wspólnymi działaniami. Obserwujemy powszechnie poszukiwanie męskich wzorców, męskiego autorytetu, przez chłopców wychowywanych bez ojca, przejawiające się w zagajaniu potencjalnych kandydatów, przebywaniu z nimi. Dzieci w młodszym wieku potrafią wymyślać nieprawdziwe historie, po to, żeby ukryć fakt nieobecności w ich życiu jednego z rodziców. I nie jest to problem tylko i wyłącznie chłopców.
Jeżeli sfeminizowany dom uzupełniany jest sfeminizowanym przedszkolem i szkołą, wspierany przez sfeminizowaną pomoc w postaci opiekunek, szanse takich dzieci na szczęśliwe i prawidłowe dzieciństwo maleją. I to nie tylko wczesne dzieciństwo. Również przy dorastaniu, co widoczne jest w badaniach, jasne normy, stawianie granic i zasadniczość (nie mylić z rygoryzmem) ojca mają pozytywny wpływ. Oczywiście raz jeszcze podkreślę, że nie ważne kto, a jak wychowuje, nie ważne z kim, a jaki kontakt ma dziecko.
Niepokojącą kwestią może być tu jeszcze stereotyp, że mężczyźni nie podołają zadaniu, mimo potrzeb ze strony dzieci, że nie okażą się godni powierzonym im obowiązkom. Pierwszą kwestię dementują spotykane przykłady: doskonale radzących sobie, cenionych przez dzieci i młodzież, realizujących się w swoich zawodach – nauczycieli, wychowawców ośrodków wychowawczych dla dzieci i młodzieży, wychowawców kolonijnych, świetlicowych, terapeutów, trenerów itp. Druga sprawa – wiążąca się z aktualnym ostatnio w Polsce i na świecie wątkiem nadużyć seksualnych dzieci, jest kwestią delikatną i wymagającą dużej ostrożności. Wiele dzieci jest rzeczywiście krzywdzonych, ale też wiele niewinnych osób pracujących z dziećmi pada ofiarą zbiorowej paniki. Ostrożność – tak, ale nie histeria.
Małgorzata Bednarska