Moja przygoda z Erasmusem

Tysiące myśli miotało się w mojej głowie. Czy mój opiekun będzie na mnie czekać? Czy bez problemu dotrę do centrum miasta, żeby się z Nim spotkać? Czy będzie miał klucz do mojego pokoju? Jak będzie wyglądać moje mieszkanie? Z kim będę mieszkać? Czy w Joensuu jest bardzo zimno? To tylko niektóre z pytań, na które starałam się znaleźć odpowiedź w czasie 50-minutowego lotu.


Zdecydowałam się na półroczne stypendium zagraniczne. Decyzja nie była prosta. Zostawienie rodziny, przyjaciół, mojego „polskiego” życia nie stanowiło kuszącej perspektywy. Z drugiej strony stawała przede mną możliwość spędzenia szalonych sześciu miesięcy w międzynarodowym towarzystwie.

Wielokrotnie w myślach układałam sobie listę „za i przeciw”. Po stronie plusów „wpisywałam”: możliwość usamodzielnienia się, szlifowanie języka angielskiego, odwiedzenie ciekawych miejsc, poznanie nowych ludzi i zdobycie wielu doświadczeń, których prawdopodobnie nie zgromadziłabym zostając w Polsce. Jako minusy zakwalifikowałam: konieczność opuszczenia domu i przyjaciół, wysoki koszt wyjazdu.

Niezmiernie ważne okazało się wsparcie mojej mamy, która dopingowała mnie do złożenia dokumentów i wzięcia udziału w rozmowie kwalifikacyjnej. Wiem, że gdyby nie Jej zapał i wiara we mnie, nigdy nie zdecydowałabym się na ten krok. Gdy decyzja o wyjeździe została podjęta, powstał kolejny problem. Jaki kraj wybrać? Czy pojechać tam, dokąd zawsze chciałam się udać? Czy wybrać jeden z ciepłych krajów na południu Europy? A może zdecydować się na czeską Pragę? Bo jest blisko, będzie stosunkowo tanio i raczej nie doznam szoku kulturowego. Zawsze wysoko stawiam sobie poprzeczkę. Tak było i tam razem. Postawiłam na Finlandię – daleki kraj o nieprzyjaznym klimacie i zupełnie innej kulturze. Uznałam, że nigdy nie pojadę tam na wakacje i w ogóle prawdopodobieństwo odwiedzenia tego miejsca jest znikome. Finlandia wydała mi się po prostu atrakcyjna (oficjalny powód z listu motywacyjnego: wysokie miejsce Finlandii w testach Pisa).
 

Podczas rozmowy kwalifikacyjnej byłam niezwykle zdenerwowana, chciałam wypaść jak najlepiej, a z drugiej strony nie pokazywać, jak bardzo zależy mi na wyjeździe. Szczerze mówiąc nie sądziłam, że moje szanse są duże. Dlatego, gdy zobaczyłam swoje nazwisko na liście osób zakwalifikowanych, nie do końca mogłam w to uwierzyć. Byłam naprawdę zaskoczona, a z drugiej strony dumna. Udowodniłam sobie, że jestem coś warta, wystarczająco dobra. Radość była naprawdę ogromna i niezwykle ekspresyjna.

Pamiętam, że od razu zadzwoniłam do mojej mamy. Była niesamowicie dumna i szczęśliwa. Przynajmniej tak mi się wydawało. Zaskoczenia doznałam po przyjściu do domu, mama siedziała zapłakana. Powiedziała, że oczywiście bardzo się cieszy, ale z drugiej strony przykro Jej, że nie będzie mnie w domu przez pół roku. Były to pierwsze, ale nie ostatnie „erasmusowe” łzy w mojej rodzinie.

Do dnia dzisiejszego jestem w stanie wywołać z pamięci pierwszy wieczór po ogłoszeniu wyników rywalizacji. Siedziałam zamyślona, nie miałam ochoty świętować z przyjaciółmi. Z jednej strony niezwykle się cieszyłam. Wydaje mi się, że nie do końca mogłam uwierzyć w to, że za rok będę siedzieć w małym pokoiku oddalonym od mojego kochanego domu o 1300 km. Wyobrażałam sobie, jak będzie wyglądał mój pokój, w co będę ubrana, czym będę się zajmować. Dzięki temu to odległe miejsce stawało się mi bliższe. Myślę, że starałam się je oswoić. Z drugiej strony wyjazd budził we mnie niesamowity lęk. Przerażała mnie myśl o tym, jak wiele rzeczy będę musiała zorganizować i jak bardzo zmieni się moje życie na to pół roku.

Nie mogę uwierzyć w to, jak wiele zdarzyło się od tego zimowego wieczora. Najpierw zmuszona zostałam do załatwienia wszystkich spraw formalnych. Zorganizowanie dokumentów na UW, wysłanie ich i otrzymanie odpowiedzi zajęło trochę czasu. Zdecydowałam też, że zapiszę się na kurs języka fińskiego. Tak, właśnie zaczęła się moja przygoda z tym fantastycznym językiem. Co można o nim powiedzieć? Na pewno nie jest łatwy, ale brzmi pięknie. Finowie używają ogromnej liczby samogłosek, dzięki czemu ich język przypomina śpiew. Spotkałam się jednak z zarzutem, iż język ten wcale nie brzmi ładnie, ponieważ fińska wersja zwrotu „kocham Cię” wcale nie jest romantyczna. Moim zdaniem „rakastan sinua” brzmi dość uroczo, ale ocenę zostawiam czytelnikowi.

Uzbrojona w „Rozmówki polsko-fińskie”, wiedzę o podstawowych konstrukcjach gramatycznych i 25 kg ciepłych ubrań ruszałam na podbój kraju Nokii. Pamiętam moje ostatnie rozmowy z dziadkami, łzy wzruszenia i życzenia powodzenia. Pożegnanie z przyjaciółmi było równie bolesne. Nie mogłam opanować łez wiedząc, że nie zobaczę Ich przez następne pół roku. Wylatywałam następnego dnia wcześnie rano. Moja najlepsza przyjaciółka przyjechała pod mój dom tylko po to, żeby uścisnąć mnie przed zajęciem miejsca w taksówce. Był to kolejny moment ogromnego wzruszenia. Jak się później okazało najgorsze było ciągle przede mną.

Droga na lotnisko nie należała do najweselszych momentów w moim życiu. Ponadto obawiałam się spóźnienia na samolot z powodu korków. Gdy w końcu dotarliśmy na lotnisko, zdałam bagaż i dostałam kartę pokładową. Teraz nastąpił moment pożegnania z najbliższymi. Nigdy nie zapomnę szlochu mojej mamy i łez wzruszenia w oczach taty, który na co dzień jest raczej typem macho i płacz uznaje za oznakę słabości. Starałam się być twarda i nie płakać, nie chciałam pogarszać sytuacji. Ucałowałam rodziców i poszłam w kierunku odprawy paszportowej. Ta obeszła się bez żadnych problemów. Po przejściu bramek po raz ostatni spojrzałam w stronę moich rodzicieli. Tym razem nie wytrzymałam, poczułam łzy płynące po moich policzkach. Na szczęście mama już tego nie widziała.
Kolejny kryzys przyszedł w momencie startu samolotu. Łzy po raz kolejny pociekły mi po twarzy, myślę, że wszyscy dookoła widzieli, co się dzieje, mimo że starałam się to ukryć. Cała sytuacja musiała wyglądać groteskowo, pewnie moi współpasażerowie sądzili, że po prostu boję się latać samolotem. A ja w tym momencie uświadomiłam sobie, że klamka zapadła, że ostateczna decyzja została podjęta, leciałam w podróż w nieznane.

Lądowaliśmy w Helsinkach, tam miałam przesiąść się w samolot lecący do Joensuu. Niesamowicie denerwowałam się, że nie znajdę lub pomylę gate i utknę na wielkim lotnisku Vanta. Czekając na samolot gdzieś w hali odlotów koncentrowałam się tylko na tym. Postanowiłam do sprawy podejść zadaniowo i nie martwić się na razie o dalszą przyszłość.

W samolocie dopadły mnie kolejne obawy. Tysiące myśli miotało się w mojej głowie. Czy mój opiekun będzie na mnie czekać? Czy bez problemu dotrę do centrum miasta, żeby się z Nim spotkać? Czy będzie miał klucz do mojego pokoju? Jak będzie wyglądać moje mieszkanie? Z kim będę mieszkać? Czy w Joensuu jest bardzo zimno? To tylko niektóre z pytań, na które starałam się znaleźć odpowiedź w czasie 50-minutowego lotu.

W Joensuu okazało się, że moje obawy były bezpodstawne. Wszystko odbyło się bez większych problemów. Dotarłam do mojego mieszkania. Byłam pierwszą spośród współlokatorów. Uderzyła mnie cisza tego miejsca. Lokum było dość przestronne i bardzo czyste. Mój pokój okazał się sporo większy od tego, który zajmuję w domu. Jego przestrzeń podkreślana była przez skromne umeblowanie wnętrza, na które składało się łóżko, biurko, szafa i półka. W oknach nie było żadnych zasłon. Na łóżku nie znalazłam kołdry, ani poduszki. Przez moją głowę przebiegło pytanie: Jak ja będę spać?

Postanowiłam zrobić szybki rekonesans. Okazało się, że całe mieszkanie jest równie puste, jak mój pokój. W kuchni zastałam dziesiątki pustych półek, nie było ani jednego garnka, czy szklanki. Łazienka także świeciła pustkami. Załamałam się. W międzyczasie przyjechała moja pierwsza współlokatorka – Vladka. Czeszka wydała się sympatyczna, ale odrobinę nieśmiała. Wspólnie znalazłyśmy w jednej z szaf stare kołdry i poduszki. Kamień spadł mi z serca. „Jednak będzie szansa przespać się, choć kilka godzin” pomyślałam.

Było już dość późno, obie byłyśmy zmęczone, więc postanowiłyśmy się położyć spać. Zostałam sama w pustym pokoju. Siedziałam na łóżku i pomyślałam o moim pokoju w rodzinnym domu. Po raz kolejny tego dnia łzy pojawiły się w moich oczach. Poczułam, że muszę zadzwonić do domu, żeby usłyszeć głos rodziców. Telefon odebrała mama, gdy usłyszała mój zapłakany głos, sama zaczęła szlochać. Nagle w słuchawce pojawił się szelest i usłyszałam spokojny głos taty, który próbował mnie pocieszać. Muszę przyznać, że dość skutecznie, bo spać szłam w odrobinę lepszym nastroju.

Następnego poranka obudziłam się dość wcześnie. Sprawdziłam temperaturę. Na zewnątrz było - 20°C. Nie zdziwiło mnie to za bardzo, w końcu byłam w Finlandii. Zjadłam śniadanie składające się z produktów przywiezionych z domu, ubrałam się w najcieplejsze ubrania, jakie przywiozłam i wybrałam się do miasta, by kupić wszystkie potrzebne rzeczy – trochę jedzenia, pościel, talerze, sztućce, jakieś środki czystości. Lista była długa, a co za tym idzie siatki naprawdę ciężkie. Podczas drogi powrotnej pomyliłam przystanki autobusowe i wysiadłam na innym, niż było trzeba. Okazało się, że muszę jeszcze przemierzyć na piechotę 1 km. Do domu wróciłam naprawdę zziębnięta, ale przynajmniej kupiłam herbatę, więc mogłam się napić czegoś ciepłego.

Kolejne dni nie wyglądały aż tak dramatycznie. Zaczęłam poznawać ludzi i miasteczko. Podłączono mi Internet, więc kontakt z domem przestał ograniczać się do krótkich wiadomości tekstowych. Wszystko zaczęło się układać, nawet pogoda była jakby odrobinę lepsza.

Nigdy nie przypuszczałam, że Erasmus, aż tyle zmieni w moim życiu. Tak wiele się nauczyłam i przeżyłam. Poznałam wielu wspaniałych ludzi, odwiedziłam śliczne miejsca. Stałam się bardziej pewna siebie i otwarta. Oczywiście zdarzały się także momenty nieprzyjemne i smutne. Czy żałuję swojej decyzji? Tak naprawdę żałuję jednej rzeczy, że na Erasmusa można pojechać tylko jeden raz w życiu. 


Justyna Jakimiak





 

Listopad/Grudzień 2009 - TRENDY
REKLAMA
FACEBOOK
KATEGORIE
NAJNOWSZE ARTYKUŁY

„Nowa” pomoc psychologiczno -pedagogiczna

Mariusz Wiśniewski 03 Luty 2012, 00:00

Comeback rózgi i klęczenia na grochu?

Aleksandra Rygiel 03 Luty 2012, 00:00

Dzieci w sieci – nowy cel ataków hakerów

Karolina Krzysik 03 Luty 2012, 00:00

Puste place zabaw

Aleksandra Rygiel 01 Luty 2012, 00:00

Celtycki wojownik w szkolnej ławce, czyli o archeologii i dziejach najdawniejszych w szkołach

Łukasz Sajnóg 30 Styczeń 2012, 00:00


OSTATNIE KOMENTARZE

Konektywizm - Sieci, małe światy, luźne więzi

jeck steve 09 Luty 2012, 07:01

Dr kalkulator

imarion 08 Luty 2012, 18:24

TED Talks | Daniel Kahneman o doświadczeniu i pamięci

Michał Młodziński 31 Styczeń 2012, 13:43

Do biegu… gotowi… STOP!

everlight112 07 Styczeń 2012, 11:20

Konektywizm - Sieci, małe światy, luźne więzi

rose wong 24 Grudzień 2011, 04:25

FACEBOOK

Powrót do góry