Ojciec i tak go w domu bije, więc ja też mogę!
Joanna Dąbrowska, 24 Listopad 11
Mnóstwo jest takich przypadków, gdzie ludzie - pseudowychowawcy - uważają, że mogą więcej, bo to dziecko jest częścią ich rodziny. "Mogę uderzyć, bo jego matka to moja siostra!" Nie jeden raz słyszałam te słowa...
Są wakacje, a ja wyjeżdżam na projekt jako wolontariuszka, z bardzo dobrym nastawieniem i pełna optymizmu, że mi się uda, że coś osiągnę i będę mogła zrobić choć niewielką rzecz dla dzieci, poprowadzić dla nich ciekawe zajęcia. To wszystko właśnie zabieram ze sobą oprócz tony materiałów, które w razie czego mogą się przydać do przeprowadzenia zajęć i zabaw.
Przyjeżdżamy na miejsce, wita nas (mnie i mojego kolegę) miła pani, która proponuje, że będziemy spać u niej w domu, bo przecież nie będziemy spali na świetlicy, gdzie nawet nie ma możliwości by się odświeżyć. Godzimy się na to, sądząc że to bardzo miły gest. Choć rzeczywiście tak było przekonaliśmy się też, że miał służyć czemuś innemu... Ale o tym dalej.
Sytuacja zaczyna zmieniać się kiedy jedziemy do świetlicy. Byliśmy przekonani i poinformowani, że dzieci będą w wieku od 10 - 13 lat. Przyjeżdżamy na miejsce, gdzie okazuje się, że dzieci są w wieku od 3 - 11 lat. Trzeba wszystko zmienić. Cały plan. Ale jest dobrze, nie poddajemy się. Pani E. jest bardzo miła jak na razie. Nie wchodzi nam w drogę, choć ciągle wspomina o zajęciach artystycznych, których niestety nie mamy przewidzianych w planie. Choć plan można łatwo zmienić, to jednaka chcemy zrobić coś innego.
Następnie Pani E. zaczyna nie odpowiadać to, że brak zajęć artystycznych. Denerwujemy się, ponieważ projekt był jasno określony, ktoś go przyjął, ale w ogóle nie przeczytał o czym jest, czego dotyczy jego tematyk. Dyrektorka GOKu chyba nikogo nie poinformowała o tym jak te zajęcia mają wyglądać, mimo tego, że wyjaśniliśmy wszystko. Zgodziła się na niego jeszcze przed naszym przyjazdem... No, ale nic. Staramy się dalej. Pierwszy dzień mija w miarę dobrze.
Drugiego dnia jest nieco gorzej. Pani E. coraz bardziej na nas naciska, jest zła, bo nie może być w centrum uwagi, bo nie robimy tego co ona chce, kłóci się z dziećmi, krzyczy na nie, dochodzi do sytuacji w której kłóci się z chłopcem, zaczynają się szarpać, w końcu wyprowadza go na dwór i zrzuca ze schodów.
Kobieta bez przygotowania pedagogicznego w świetlicy, która nie potrafi pracować z dziećmi, jedne faworyzuje a inne stoją na boku, jak je określa - pochodzą z gorszej części wioski, są niejako patologiczne. A gdy próbujemy porozmawiać z nią o zaistniałej sytuacji, Pani E. tylko mówi - "On zawsze się tak zachowuje. Tylko ten komputer i komputer... Nic więcej. Ojciec go i tak w domu bije więc ja też mogę, poza tym jego matka to moja siostra. Rodzina to zawsze można więcej".
I takie jest niestety przekonanie wielu... Skoro to moja rodzina to mogę więcej, mogę go uderzyć, nawrzeszczeć na niego, dać mu solidnego kopa, bo to moja rodzina i ja mogę...
Tak... to właśnie były moje pierwsze praktyki. Na dodatek Pani E. przestało się podobać, że wtrącamy się do jej "metod wychowawczych" i wyrzuciła nas wcześniej niż mieliśmy skończyć projekt. A mieszkanie u niej miało nam zamknąć "gęby". I faktycznie było ciężko z nią porozmawiać, ale teraz żałuję, bo i tak nas przecież wyrzuciła.
Szkoda mi tylko tych dzieci. Jakie będą po spotkaniu z takim wychowawcą, który właściwie nie jest wychowawcą i nie ma żadnego wychowawczego wpływu na dzieci? Który chce realizować tylko swoje cele, a jego głównym celem jest to by przy pomocy dzieci świetlica zdobywała jak najwięcej nagród - zwłaszcza w różnego rodzaju działaniach artystycznych, w których przecież nie ma żadnego wychowawczego sensu jeśli są realizowane w ten właśnie sposób? I co zrobić z takimi pseudo wychowawcami? A jest ich naprawdę wielu... Jak ich zmienić? I czy wystarczy tylko ich zmienić? Czy da się to osiągnąć?
Podziel się
10782, 09 Maj 12 12:41
10782, 09 Maj 12 11:04
10733, 02 Kwiecień 12 10:25
10733, 02 Kwiecień 12 10:22
5327, 16 Marzec 12 23:22
Aby móc pisać komentarze musisz się zalogować